Powitał mnie bardzo serdecznie, zaprosił do swego ogniska, przy którym gotowała się herbata w czarnym od dymu kociołku.

Z wielkim zaciekawieniem oglądałem obozowisko mego nowego znajomego, gdyż spostrzegłem tam wiele przedmiotów, niezauważonych przeze mnie na tratwie, jak naprzykład karabin i żołnierski pas z nabojami.

— Gdzieżeście to ukrywali? — zapytałem, wskazując oczyma na broń.

Uśmiechnął się i odpowiedział:

— Takiej zabawki otwarcie nie można przewieźć! Gdym budował swą tratwę jeszcze w górach w lesie, wyżłobiłem jedną belkę i w niej ukryłem strzelbę. Może wypadnie zimę spędzić w lasach; jak wtedy da sobie człowiek radę bez karabinu? Kto go nakarmi i obroni?

Księżyc płynął wysoko po niebie, mały, szybki i tak bardzo jasny, że przesuwające się przed nim obłoki nie mogły przyćmić jego blasku. Błotnista równina była zalana srebrem, i zdawało się, że zamarła w niemym zachwycie. Ukojone spały trzciny i krzaki. Cisza zaległa jeziora i potoki, ryby nie pluskały i żaden dźwięk nie mącił wielkiego milczenia natury. Z głębi duszy powstała niewypowiedziana tęsknota, a wspomnienia cisnęły się do głowy.

Nie wiem dlaczego tu, na trzęsawisku, na bezludziu, wobec tego nieznanego mi włóczęgi, wobec zbiega więziennego poczułem nieprzepartą chęć i potrzebę podzielenia się z nim swą cichą, lecz męczącą tęsknicą.

— Siedzę tu z wami wśród szuwarów — szepnąłem — i nic nie wiem, co się dzieje z kochaną kobietą... Rozumiecie?... Nic nie wiem! Jakie to straszne... bo przecież może ona chora, umierająca w ciężkiej potrzebie... może... wreszcie... na próżno myśl moja biegnie do tej, która w tej chwili mojej tęsknoty innemu oddała swoje serce...

Wyszeptałem te słowa, instynktownie bojąc się znieważyć moment wielkiej, świętej ciszy; szeptałem ledwie dosłyszalnie, raczej myślałem głośno i byłem pewien, że siedzący naprzeciw mnie włóczęga nie dosłyszy mych wyznań cichych.

Lecz on od razu podniósł rozczochraną głowę i wparł we mnie szeroko rozwarte źrenice, w których paliły się krwawe odbłyski ognia. Patrzał długo — i stała się rzecz dziwna i straszna! Nagle z oczu nieznajomego wyjrzała rozpacz i głęboko utajona męka, a potem krwawe łzy poczęły ściekał mu po twarzy i znikać w gęstej brodzie. Pojąłem, że włóczęga płakał, że czerwone blaski odbijały się w jego łzach, które są zawsze kryształowo czyste i szczere, czy płyną z oczu świętego, czy zbrodniarza, bo „łza, to ofiara duszy, w męce przebywającej”, juk mówią na Wschodzie.