Płakał długo, aż łkanie zaczęło nim wstrząsać, i przez łzy jął wyrzucać słowo po słowie, zdanie po zdaniu urywanym, łamiącym się głosem.
— Prawdę powiedzieliście... prawdę!... Tak i ja, tak i ja myślałem w tej chwili... Bo to widzicie... jak to było... Kochałem kobietę i przez nią dostałem się do więzienia... Potem uciekłem dla niej... ale inny, który ją kochał, zdradził mnie... Złapali mnie kozacy... Znowu więzienie i tęsknota za nią... I znowu udekiem... alem jej już nie znalazł... wyjechała... Zdrajca, dowiedziawszy się, że jestem wolny, uciekł przede mną, i mówiono mi, że ukrył się tu gdzieś... na Hance... Przypłynąłem szukać go tu i rachunki zakończyć... A tęsknota żre serce i suszy duszę!... Prawdę mówicie... Może nie warto... bo tam może nie ma nawet cienia wspomnienia o mnie. — Ale to boli, boli...
Łkał głośno i drżał całym ciałem, ja zaś myślałem, że życie jest ogromnie kapryśne: to powlecze wszystko tajemnicą, to niespodziewanie odwróci najzazdrośniej ukrywaną kartę swej nigdy niezbadanej księgi.
Zrozumiałem, po co tu przybył ów włóczęga! Po zemstę za zdradę, za oderwanie go od umiłowanej kobiety... Wszystko było proste i jasne, jak księżyc na niebie, jak te łzy zbiega więziennego.
Odprowadził mnie do ogniska, a nazajutrz włóczył się ze mną po jeziorach, łapiąc ryby i wsadzając je do słojów z formaliną, lub uganiając się za motylami i pełzając po ziemi za żukami dla mego entomologa. Siedzieliśmy na trzęsawisku jeszcze pięć dni. Na trzeci dzień włóczęga nie stawił się z rana. Przyszedł przed wieczorem, zziajany, z czupryną i brodą jeszcze bardziej potarganą, w ubraniu pokrytym grubą warstwą błota i roślin wodnych.
Patrzał wzrokiem ponurym, ale stanowczym.
— Dziś znalazłem go w sitowiu na „Gęsim Potoku” — mruknął. — Zaczaił się tam i nawet ognia nie palił. Ale dziś o świcie spostrzegłem człowieka, który wchodził na wysoki brzeg. To był on! Wnet przekradłem się jak wąż i wypatrzyłem dobrze wszystko. Ma rewolwer, karabin i siekierę... Jutro pójdę do niego...
Wypił z nami herbatę i poszedł.
Nazajutrz z rana, gdy przeglądaliśmy nasze zbiory, dobiegł nas pojedynczy strzał. Przebrzmiał urwanym hukiem i zamilkł wstydliwie... Włóczęga nie powracał.
Nazajutrz przyjechał po nas kozak, naładował na wóz rzeczy i ruszyliśmy w stronę stacji kolejowej.