Zwiedziliśmy owo centrum handlu syberyjskiego, ten punkt eksportowy, skąd wywożono za granicę mąkę, zboże, masło, mięso, jaja i skóry i po całodziennym popasie ruszyliśmy dalej na południe, skazani znowu na wleczenie się bez końca, siadanie na mieliznach, stykanie się z płynącymi pod wodę drzewami i na objadanie się sterletami.

Parowiec miał nas dowieźć do Barnaułu, stolicy górniczego obwodu Ałtajskiego. Stamtąd końmi należało się dostać na stepy kułundzińskie.

Brzegi Obi do Barnaułu nie posiadają wybitnej malowniczości, jaką widziałem i podziwiałem na przepięknym i potężnym Jeniseju, tym wymarzonym raju dla pejzażysty. Z tego powodu nasza podróż stała się nad wyraz nudna i jednostajna.

W jednym tylko miejscu, o jakie 80 kilometrów na północ od Barnaułu, w pobliżu nieznanej wioski, której pierwsze domki już dostrzegaliśmy, byliśmy świadkami niezwykłej sceny. Na niewielkiej polanie tuż przy brzegu pasł się biały koń, uwiązany na długim sznurze do cienkiej brzozy. Nagle podniósł łeb i rzucił się w bok, usiłując zerwać sznur. Gdy mu się to nie udało, zaczął, rżąc trwożnie, biegać naokoło drzewa.

Myślałem na razie, że wystraszył go nasz boleśnie sapiący parowiec, lecz wnet zobaczyłem coś groźniejszego. Z lasu wynurzył się, kołysząc się z boku na bok, duży niedźwiedź brunatny i z niezwykłą szybkością rzucił się na konia, w okamgnieniu go dogonił, złapał jedną łapą za kark, a drugą usiłował się zaczepić za wystające pieńki zrąbanych drzew. Koń wlókł go za sobą. Lecz niedźwiedziowi udało się dosięgnąć pazurami jednego z pni, i w tej samej chwili koń już leżał na ziemi, brunatny zaś drapieżnik potężnym uderzeniem łapy przełamał mu grzbiet.

Dałem kilka strzałów do niedźwiedzia, który porzucił swą ofiarę i ukrył się w lesie.

Nazajutrz z rana nasz statek ochrypłym gwizdkiem oznajmił swe przybycie do Barnaułu.

Naprędce załatwiliśmy wszystkie formalności w zarządzie górniczym i w biurze osobistych dóbr cesarskich, w granicach których mieliśmy dokonać części naszych badań, i nazajutrz już wyjeżdżaliśmy na zachód dwoma wozami, zaprzężonymi w trójkę dobrych koni stepowych.

Droga z początku biegła bardzo malowniczymi wzgórzami, stanowiącymi odnogi gór Ałtajskich. Prawie ciągle spotykaliśmy lasy brzozowe, pośród których rozrzucone były nieduże wsie rosyjskie.

Ponieważ wyprzedzał nas konno urzędnik policji z Barnaułu, więc wszędzie zastawaliśmy konie już przygotowane, że zaś drogi były wspaniałe, jechaliśmy bardzo szybko, robiąc po 20–22 kilometry na godzinę.