Mignęły mi ostatnie zwrotnice stacji, ostatnie latarnie, ostatnie zabudowania... Nie siadłem jednak od razu do wagonu, gdzie był profesor, gdyż obawiałem się śmiertelnie, że ujrzę obok niego słodko uśmiechniętą twarzyczkę mojej hanum. Wszedłem dopiero na następnej stacji. O szczęście! Hanum nie było! Moje chryzolity uratowały mnie. Suliman i Bibi pewno jeszcze przyglądali się błyskom i grze światła, gdy pociąg odszedł, i hanum nie widziała w chwili ruchu pociągu twarzy zdrajcy „męża”.

Miła, śliczna Bibi-Ajne! — myślałem tegoż wieczora. Teraz rozplatasz swe czarne warkocze, sandałem i piżmem uperfumowane, i wyrywasz z nich cztery włosy, aby je rzucić na wszystkie strony świata i zabić wspomnienie o mnie. Nie gniewaj się na mnie! Jesteś prześliczna, cudna, zwinna i wiotka, śpiewasz jak skowronek stepowy, tańczysz jak hurysa79 raju, doskonale przyszywasz guziki i wspaniale robisz na węglach szaszłyki i azu80, jak żadna inna kobieta! Ale nie mogłem wziąć cię za żonę, bo najpierw jesteś niepiśmienna i co byś robiła z uczonym i nudnym mólem papierowym, a po wtóre, co by powiedziała moja mama, taka wymagająca, dobrze wychowana i nie lubiąca, żeby z niej żartowano. Good bye, miła, mała Bibi-Ajne. Bądź szczęśliwa!

W parę dni później byłem już w Petersburgu, a moja matka, zobaczywszy mą sczerniałą, opaloną twarz i zgrubiałe ręce, roześmiała się i zauważyła głosem żartobliwym.

— Coś w tobie jest teraz tatarskiego!

— Aha! — zawołałem w duchu. — Co byś Ty, mamusiu, powiedziała, gdybym zawitał do Ciebie z piękną Bibi-Ajne, moją niedoszłą hanum?

A co by to było, co by uczyniła moja teraźniejsza prawdziwa hanum, której podarowałem nie chryzolity, ale serce i duszę, i którą uważnie śledzę, aby nie wyrwała ze swych cudnych kasztanowatych włosów tych czterech czarownych i nie rzuciła ich na wszystkie strony świata?!

Część czwarta. Wyspa przeklęta

Rozdział I. Niedostępny brzeg

Na oceanie Spokojnym leży duża wyspa, Sachalin, oddzielona od kontynentu Azji i od posiadłości rosyjskich Cieśniną Tatarską, szerokości 80–100 kilometrów.

Dwa lub trzy razy do roku płynęły do zachodnich brzegów Sachalinu okręty rosyjskie z Odesy. A dziwny bardzo wygląd miały te parowce. Na pokładzie nie można było ujrzeć podróżnych, gdzieniegdzie tylko tkwił żołnierz z bagnetem, a na maszcie powiewała ciemna chorągiew z jakimiś literami. Jeżeliby przy spotkaniu takiego statku gdzieś około Kolombo czy Szanchaju widz mógł przedostać się na jego pokład, byłby niezawodnie uderzony ponurym brzękiem łańcuchów i niemilknącym ani w dzień, ani w nocy huczeniem w środku okrętu, który przypominał ul pszczelny.