Przybyliśmy na stację kolejową na godzinę przed przyjściem pociągu. Odciągnąłem na stronę profesora pod jakimś usprawiedliwionym pozorem i poprosiłem go, aby ciągle dawał jakieś zlecenia Sulimanowi i dziewczynie.
Nadszedł pociąg. Na peronie rozpoczęła się bieganina, wrzawa i tłok, który zupełnie ogłuszył dzieci stepu — Kirgizów.
Na to ogromnie liczyłem.
Kręciłem się stale przy Sulimanie i przy jego siostrze, niczym nie zdradzając swych nikczemnych zamiarów. Byłem zewnętrznie zupełnie spokojny i zrezygnowany. Kupiłem w sklepiku przy stacji srebrną bransoletkę z zielonymi uralskimi chryzolitami i podarowałem ją Bibi-Ajne, a jej bratu, memu kunakowi i... szwagrowi, takiż pierścionek.
Oboje nie posiadali się z radości, wykrzykując z podziwu i zachwytu i pokazując sobie wzajemnie piękne upominki. Zdawało się, że na chwilę zapomnieli o „swoim mężu i szwagrze”. A ten zdrajca uważnie śledził za wskazówką zegara na peronie.
Do odejścia pociągu pozostawało pięć minut... trzy... dwie...
Pokazałem kirgiskiej parze błyski kamieni, jeżeli je trzymać wprost pod promieniami słońca.
Krzyknęli z zachwytu i zdumienia!
Ja tymczasem zmieszałem się z tłumem, obiegłem pociąg i stanąłem przy stopniach innego wagonu niż ten, w którym już najwygodniej w świecie rozlokował się profesor, ale nie od strony dworca, lecz od strony plantu.
Dzwonek, gwizdek — głębokie westchnienie lokomotywy, pierwsze drgnienie pociągu i turkot kół... Wskoczyłem do wagonu i zaczaiłem się tak, jak gdybym skradał się do jelenia. Lecz w tym wypadku ja byłem upatrzoną zdobyczą, a więc tym staranniej ukryłem się pomiędzy tobołami i tłumem podróżnych III klasy.