Milczałem. On zaś tym samym głosem zaczął szybko, gorączkowo mówić:

— Wykryłem morderców. Byli to Koszka, Sokół, Seliwanow, Dormidontow i Grenich. Gdy się dowiedzieli, że jestem na ich tropie, zbiegli z Onoru i podążyli w stronę Pogibi. Udała się za nimi pogoń, lecz na próżno. Wszystkich pochwyciłem sam, w pojedynkę, i zarąbałem siekierą. Wtedy szumowiny więzienne wydały na mnie wyrok śmierci i o tym mnie zawiadomiły. Odpowiedziałem im, że każdy, kogo zdybię — zginie! I, widzi Bóg, spełniłem obietnicę! Wtedy więzienie onorskie zaczęło czyhać na mnie! Kilka razy byłem w ich ręku. Mam w plecach dwie rany od noża i złamane żebra, ale krzywdy swoje okupiłem sowicie ich śmiercią. Nie! Nikt z onorskiego więzienia mi się nie wymknie. Władze wiedzą, że innych więźniów nie ścigam, ale, gdy który ucieknie z Onoru, zawiadamiają mnie o tym i wtedy moja mściwa ręka dosięga ich. Żaden nie ucieknie, żaden!

Takim mścicielem był Andrzej Bołotow.

Opowiadał mi później w Due dowódca batalionu karnego, pułk. Żurawskij, że Bołotow mieszkał w różnych miejscach wyspy, błąkając się wszędzie i żyjąc z polowania; ale dość było puścić w obieg pogłoskę, że uciekł aresztant z Onoru, a Bołotow zjawiał się natychmiast, wypytywał o zbiega, zbierał wszystkie potrzebne o nim informacje i znowu znikał bez śladu. Władze w takich wypadkach nawet pościgu za zbiegiem nie wysyłały, wiedząc, że „mściciel” wytropi go i zabije. Za każdą głowę Bołotow dostawał premium rządowe, które całkowicie ofiarowywał na budowę kościołów i na modły za duszę zabitego syna.

Gdy Bołotow skończył swe opowiadanie, długo nie mogłem się otrząsnąć z ciężkiego, przygniatającego wrażenia.

Pojmowałem, że zemsta jest złym doradcą, ale nie mogłem nie odczuć całej głębi rozpaczy i nienawiści tego człowieka. Żegnając go, podałem mu rękę i powiedziałem.

— Niech Bóg ześle ukojenie waszemu sercu!

Bołotow przeżegnał się nabożnie, po czym szepnął:

— Ja też tylko o to Go proszę, ale zapewne, to już nigdy nie nastąpi, nigdy!

Dziwny traf zrządził, że po kilku latach jeszcze raz spotkałem „mściciela”. Było to w styczniu r. 1920, gdy z Tomska przekradałem się do Krasnojarska, aby stamtąd rozpocząć ucieczkę od bolszewików za granicę, do Mongolii i Chin. Na mojej drodze leżało sioło Bogotol, około którego grasował jakiś okrutny partyzant, jednocześnie rabując i zabijając „burżujów” i sowieckich komisarzy, urzędników i żołnierzy. Wszyscy omijali tę miejscowość, jadąc nie wzdłuż linii kolejowej, lecz szosą północną. Ja zaś, nie mając żadnej potrzeby ukrywania się, gdyż byłem przekonany, że w ten lub inny sposób zginę, jechałem drogą prawie bezludną, mając po prawej stronie nasyp kolejowy, zastawiony nieprzerwanym łańcuchem pociągów, porzuconych przez armie i instytucje rządu adm. Kołczaka, a uprzątnięty przez bolszewików dopiero w trzy miesiące później.