Na jednej z małych stacji kolejowych przed Bogotolem zatrzymałem się, aby wypocząć i posilić się, gdyż byłem zziębnięty, zmęczony i głodny. Na stacji zastałem tylko jakiegoś podrzędnego urzędnika i paru robotników kolejowych. W kącie siedział jeszcze jakiś człowiek, który, gdy wszedłem, podniósł się raptownie, lecz wnet znowu usiadł, zasłoniwszy twarz dużym kołnierzem futrzanym.

Dostrzegłem tylko długą siwą brodę i takież włosy, wysuwające się spod barankowej czapki-papachy.

Poprosiłem urzędnika i robotników, aby mi sprzedali coś do zjedzenia, lecz odmówili mi w bardzo ordynarnej formie, po czym nie chciano nawet ze mną rozmawiać. Jechałem lekkimi sankami, zaprzężonymi w dwa konie. Wyszedłem ze stacji i zacząłem oglądać swe szkapy, czy mogłyby zrobić jeszcze jakieś 20 kilometrów do następnej stacji, gdzie, może, znalazłbym lepsze przyjęcie. Niestety, konie były zupełnie wyczerpane i stały z głowami smutnie opuszczonymi, drżąc całym ciałem.

Gdy skrzypnęły drzwi od dworca, obejrzałem się.

Niewysoki chłop, barczysty, zupełnie siwy, w barankowej czapce i w półkożuszku z dużym kołnierzem, stał na peronie i przyglądał mi się uważnie. Wreszcie potarł czoło dłonią i zwracając się ku mnie, zapytał:

— Cóż to? Nie macie nic do jedzenia?

— Nie mam — odparłem — i nie wiem, co mam zrobić, bo tymi końmi nie dojadę do następnej stacji. Może mi poradzicie, gdzie mógłbym nabyć chociaż chleba dla siebie, a dla koni owsa albo siana?

Zaśmiał się cicho i odpowiedział:

— Trudno będzie! Tu wszystko już zrabowali najpierw żołnierze Kołczaka, a potem bolszewicy. Ale skoro tak z wami źle, poczęstuję was.

Mówiąc to, klasnął w dłonie.