Gdy się zaczęła wojna Rosji z Japonią, byłem we Władywostoku i wiem, że miny26 podziemne w celu wysadzenia dwóch ważnych fortów tej twierdzy prowadzono z dzielnicy koreańskiej, a wszyscy szpiegowie, na których ślad wpadły władze wojskowe, utonęli w mrowiu biało ubranych, tajemniczych i milczących synów kraju „Smutnego Zachodu”.

Jak z dżungli, jak z tajgi wychodzą nocą na łup zwierzęta drapieżne: tygrys, pantera i niedźwiedź, tak stamtąd wychodzili ludzie, ścigani przez prawo, a czyny ich były niemniej krwawe i dzikie. W tych norach podziemnych przedmioty złote i srebrne przetapiano na małe bloki drogich metali i sprzedawano przez jubilerów koreańskich jubilerom rosyjskim; drogie kamienie, papiery wartościowe i przedmioty nienadające się do przeróbki pakowano do pudeł z suszonymi rybami lub z wiązankami wodorostów jadalnych i ładowano na dwumasztowe dżonki koreańskie, które, jak cienie, bez szmeru i plusku sunęły zatoką Amurską do morza Japońskiego i do brzegu Korei lub dalej do Chin.

Ten proceder złodziejski prowadziła odrębna kasta piratów, a ponieważ z ich usług korzystali jeszcze do niedawna Rosjanie i cudzoziemcy, ludzie ci doszli do wielkiej wprawy, posiadając dużą odwagę żeglarzy i bojowników.

Echo tego przedmieścia koreańskiego doszło mnie pierwszego wieczoru po przyjeździe moim do Władywostoku.

Przepiękny księżyc w pełni płynął po ciemnoszafirowym niebie. Jarzyły się i płonęły gwiazdy, które zdawały się wisieć zupełnie nisko nad górami i morzem. Moi znajomi poradzili mi, abym poszedł w góry położone nad miastem i zobaczył prześliczną nocną panoramę morza.

Włożyłem do kieszeni nieodstępnego w mych podróżach Mauzera27 i wchodziłem pnącymi się do góry ulicami na coraz wyższe tarasy. Wreszcie zacząłem spotykać oddzielne domki, a później chałupy, sklecone z desek od pudeł. Wkrótce i te zabudowania znikły. Wspinałem się na spadki gór, trawą porosłe, na szczycie których rósł młody las z drzewami, pokrzywionymi i oszpeconymi przez mgłę i wiatry.

Stąd roztaczał się prześliczny widok.

W dole, mieniące się i jarzące światełkami w domach i latarniami elektrycznymi na ulicach, leżało miasto, gwarne niemilknącym hałasem i niespokojnym szumem. Dalej zatoka czarna, a na niej różne ognie barwne na okrętach i długie równe rzędy wspaniale oświetlonych okienek na bokach statków pasażerskich i groźnych białych krążowników. Czarne kontury wyspy Ruskiej z rzadkimi, ledwie dostrzegalnymi latarkami na fortach, zniżały się na wschodzie i znikały w morzu, a trochę dalej wzbudzał niepojętą trwogę, to zapalając się, to gasnąc, olśniewający snop promieni latarni morskiej na skale Skrypliowa. Za czarną masą tej wyspy już niepodzielnie i wszechwładnie panowało morze. Było podobne do roztopionego srebra z biegnącymi po jego ruchomej powierzchni ciemnogranatowymi falami, szerokimi i łagodnymi, które dobiegały do brzegów zatoki Patroklesa28 lub Ulissesa29 i pieściły się z krzakami leszczyny i zwieszającymi się nad wodą pędami dzikiego wina.

Gdzieś bardzo daleko sunęła czarna sylwetka żaglowca, może koreańskiego lub chińskiego pirata, a wprost na wschodzie płynął z dala od brzegów duży statek. Długi rząd oświetlonych iluminatorów posuwał się jak jakiś wąż wielooki.

Pomyślałem, że tam tętni odrębne życie tej gromadki ludzkości, która przerzuca się z jednego kontynentu na inny, tam rozbrzmiewa muzyka, tańce, miłość, smutek i tęsknota. Tam może umiera ktoś lub zjawia się na świat nowa istota, a wszystko to nie ma nic wspólnego ani z miastem, leżącym u moich stóp, ani ze mną, który myśli o tym statku, odpływającym w dal nieznaną. Okręty, przepływające nocą — przypomniała mi się powieść, niedawno czytana w pociągu i myśl goniła za losem okrętu i jego czasowych mieszkańców.