Lecz rozproszył te myśli jakiś ochrypły basowy głos, zdradzający wielką sympatię do alkoholu.
— Proszę coś ofiarować dymisjonowanemu urzędnikowi!
Przede mną z krzaków wynurzyła się olbrzymia postać draba z kijem sękatym w ręku i w wytartej czapce urzędniczej.
Znam te typy przepite, niezdolne do pracy i życia społecznego. Są to tak zwani „bosiacy”.
Wyjąłem z kieszeni kamizelki kilka srebrnych monet i dałem mu.
Uśmiechając się ironicznie i podrzucając na dłoni monety, które błyszczały w świetle księżyca, mruknął:
— Mnie... tu... kilka monetek, gdy mogę zabrać wszystko?
Mruknąwszy to, zaczął niedbale wywijać swoją sękatą, ciężką „laseczką”.
Nic nie mówiąc, wyjąłem z kieszeni Mauzera i schowałem go na powrót.
— Ach! pardon30! — rzeki drab, dotykając po wojskowemu daszka czapki. — Trzeba było od tego zacząć rozmowę. Dobrej nocy szanownemu panu.