Cmentarz w Nowokijewsku jest ponurą kartą historii kolonizacji rosyjskiej na wybrzeżu Oceanu Spokojnego.

Większość zaś jednak, prawie zapomniana przez władze, rzucona na brzegi martwej zatoki, na dzikie pogranicze Korei, potrafiła istnieć. Homeryczne pijaństwo, hazardowna gra w karty i nieskończone, często krwawe burdy rozjaśniały życie tych upadłych ludzi.

Najlepszą ilustracją tego okropnego wprost bytowania oficerów na brzegu Posjeta był „klub tygrysa”.

Za moich czasów musiał się on już ukrywać, bo władze go nie tolerowały, ale przed 20 luty istniał jawnie, a sława jego dochodziła aż do środkowej Syberii. Wtedy nosił dziwaczną nazwę „Stowarzyszenia Łancepupów”.

Opowiem o nim według słów starego oficera, który spędził długie lata w Nowokijewsku.

— Wieczorem, po dobrym pijaństwie zbieraliśmy się w kasynie oficerskim, brudnej i ciemnej szopie przepojonej wyziewami alkoholu. Dość było nawet trzeźwemu człowiekowi wejść do tego lokalu, by od razu poczuł się pijanym. Pijani zaś już przedtem wpadali w stan ponurej rozpaczy lub dostawali ataku wściekłości. Skutkiem tego nastroju była specjalna gra, wynaleziona tu, na brzegach zatoki Niżegorodzkiej, w koszarach Nowokijewska. Była to gra w tygrysa. Gracze tworzyli „Klub tygrysa”, który do 1895 roku nosił nazwę „Stowarzyszenie Łancepupów”. Członkowie klubu wchodzili do pokoju, oświetlonego tylko jedną świeczką. Zarzynało się ciągnienie losów: białego i czerwonego. Biały oznaczał myśliwego, czerwony tygrysa. Myśliwemu dawano nabity rewolwer, tygrysowi dzwonek. Reszta członków sadowiła się na wierzchnich szczeblach drabin, przystawionych do ścian, pozostawiając na dole tylko myśliwego i tygrysa. Gdy wszyscy byli już na swoich miejscach, wołano na służbę, która natychmiast wnosiła tace z dużymi szklankami, napełnionymi wódką. Główni aktorzy dostawali zamiast wódki — czysty alkohol lub mocny arak. Po wypiciu tego „chłodzącego napoju”, służba gasiła jedyną świecę i wynosiła się, szczelnie zamykając drzwi za sobą. Rozlegała się komenda: „Polowanie w toku”... i gra się rozpoczynała.

Tygrys skradał się w ciemności bez szmeru, gdyż przed grą zdejmowano buty, czaił się w kątach izby, czasem kładł się mi ziemię lub czołgał na brzuchu, starając się zmylić baczność i słuch myśliwego. Nagle rozlegał się dzwonek, głuchy i urwany, a za nim strzał myśliwego do tygrysa.

Czasami natychmiast słychać było głuchy łoskot upadającego ciała zabitego lub rannego „tygrysa”, czasami krzyk radosny: „Chybił, teraz ty za tygrysa!”...

Gracze zmieniali role, i gra trwała dalej. Nieraz po takiej wesołej nocy w „klubie tygrysa” patrole ranne znajdowały na brzegu zatoki ciała zabitych oficerów. Wszyscy wiedzieli, jaki był koniec tych członków „Stowarzyszenia Łancepupów”, lecz w raportach zawsze pisano, że „Oficer taki a taki znaleziony został martwy wskutek nieostrożnego obchodzenia się z bronią palną”.

Opowiadający to zamyślił się na chwilę, ogarniając wzrokiem ubiegłe lata w koszarach Nowokijewska, a potem podniósł głowę i mruknął: