— A przecież doprawdy ta gra w tygrysa była lepsza od całego naszego życia w osadzie i w koszarach tam — na brzegu zatoki! Przeklęte to było życie, ohydne, brudne, zwierzęce!...
Zaklął straszliwie i zamilkł, pykając dymem z fajki.
Rozdział VII. W kniei
Trudno mi jest zapomnieć o wycieczce mojej na północ od Władywostoku, gdzie dokonywałem rekonesansu geologicznego, mając na celu poszukiwanie węgla i złota. Rozciąga się tu dzika „tajga”, knieja ussuryjska, ocean zieloności, mieszanina flory północy i południa. Tu, na drugim brzegu Zatoki Ussuryjskiej, pochłonęły mnie głuche, bezludne wąwozy środkowego Sichota-Alina. Wijące się i znikające co chwila ścieżki prowadzą od fanzy do fanzy, gdzie mieszkają myśliwi rosyjscy i chińscy.
Często zatrzymywałem się w tych samotnych fanzach. Czasami przyjmowano mnie uprzejmie i gościnnie, czasami zaś przy zbliżaniu się mym do chaty właściciel jej wybiegał i krył się w lesie, czasem nawet kula z niewidzialnego karabinu gwizdnęła mi nad głową, jako ostrzeżenie, żebym ominął tę siedzibę człowieka nie lubiącego, widocznie, towarzystwa.
Pewnego wieczora mignęło mi przez gąszcze światło. Skierowałem się ku niemu i wkrótce ujrzałem mały domek z cienkich belek, otynkowanych gliną. Płot ze stojących palów, z ciężką bramą z grubo ociosanych desek otaczał tę fanzę. Krzyknąłem, aby mi otworzono bramę, a mój przewodnik — kozak uderzył kolbą w płot. Rozległa się jakieś mruczenie, niezrozumiały, głuchy bełkot, i brama powoli się uchyliła. Najpierw zjawiła się latarnia papierowa, a potem strwożona, wychudzona twarz Chińczyka z dużymi przerażonymi oczami. Miał warkocz owinięty naokoło głowy i za tę fryzurę wsuniętą fajkę.
— Ni ljao-cho!48 — pozdrowił go kozak po mandżursku.
Chińczyk zaczął szybko kiwać głową i bełkotać.
Nic nie rozumieliśmy, chociaż mój przewodnik biegle mówił narzeczem mandżurskim. Chińczyk zaś w dalszym ciągu coś bełkotał głuchym, ciągle urywanym głosem. Wreszcie szeroko otworzył usta i zbliżył do swojej twarzy latarnię. Ujrzeliśmy odcięty prawie przy samym gardle język i wybite przednie zęby.
Kozak szybko się porozumiał z kaleką na migi i wkrótce opowiedział mi, że nasz gospodarz był poszukiwaczem dżen-szengu, i pewnego razu napadli go w domu, tu, w lesie, chunchuzi. Zażądali, by im oddał swą zdobycz. Odmówił im jednak. Wtedy zaczęli go torturować. Wbijali mu drzazgi pod paznokcie, przypiekali go na gorących kamieniach, wreszcie odcięli mu język i wybili zęby. Lecz on nie wskazał skrytki, gdzie przechowywał czarowny korzeń. Objaśniając to bełkotem i na migi, Chińczyk, zdawało się, dawał nam do zrozumienia, że teraz, gdy ma przypalone stopy, powykręcane paznokcie i ucięty język, niczego się już nie obawia, nie wyjawi przeto nikomu, a więc także i nam, swej tajemnicy.