— No, bądźcie zdrowi. Dziękuję.
I Pietrow znikał. Prawie nigdy nie rozmawialiśmy inaczej, jak w ten sposób.
Zacząłem wywiadywać się o nim. M. (Polak), dowiedziawszy się o tej mojej znajomości, ostrzegał mnie nawet. Powiedział mi, że wielu katorżnych budziło w nim przestrach, szczególnie z początku, w pierwszych dniach katorgi, ale żaden z nich, nawet Gazin, nie przerażał go tak, jak ów Pietrow.
Ta opinia bardzo mnie zainteresowała. Ale M. nie mógł mi dokładnie objaśnić, dlaczego mu się tak zdawało.
— Jest to najbardziej stanowczy, najodważniejszy ze wszystkich katorżnych — mówił M. — Na wszystko gotów się ważyć, nic go nie powstrzyma, jeśli mu przyjdzie do czegoś ochota. I pana zarżnie, kiedy mu taki pomysł przyjdzie do głowy, tak po prostu zarżnie i ani się zmarszczy, ani nie poczuje skruchy. Myślę nawet, że jest niespełna rozumu.
I rzecz dziwna: kilka lat z rzędu obcowałem potem z Pietrowem, prawie co dzień rozmawiałem z nim, przez cały ten czas był szczerze do mnie przywiązany (choć stanowczo nie wiem, za co) — i przez te kilka lat, pomimo iż Pietrow prowadził się w ostrogu przyzwoicie i nie zrobił nic przerażającego, każdego razu jednak, kiedym na niego patrzał i z nim rozmawiał, nabierałem przeświadczenia, że M. miał słuszność i że Pietrow jest w istocie człowiekiem najbardziej stanowczym, nieznającym strachu ani żadnego nad sobą przymusu. Ale dlaczego mi się tak zdawało, nie mogę także zdać z tego sprawy.
Dodać zresztą trzeba, że to Pietrow był owym aresztantem, który chciał zabić plac-majora, kiedy go wezwano dla ukarania i kiedy major „cudem się ocalił” — jak mówili aresztanci — odjechawszy przed samą chwilą kary. Innym razem, jeszcze przed katorgą, zdarzyło się, że pułkownik uderzył go na musztrze. Prawdopodobnie nieraz go i przedtem bito, ale tym razem Pietrow nie chciał znieść uderzenia i zabił bagnetem pułkownika jawnie, w biały dzień, przed rozwiniętym frontem. Zresztą nie znam szczegółowo całej jego historii; nigdy mi jej nie opowiadał. Naturalnie były to tylko wybuchy, kiedy natura występowała niczym niekrępowana. Wybuchy takie były w nim bardzo rzadkie; zwykle był rozsądny, a nawet spokojny. Namiętności w nim taiły się, i to silne, palące, ale żar pokryty był popiołem i tlał powoli. Nie spostrzegałem w nim ani cienia fanfaronady lub próżności, jak w innych. Kłócił się rzadko, z nikim się też nie przyjaźnił, z wyjątkiem chyba Sirotkina, i to, gdy ten mu był potrzebny. Raz jeden widziałem, jak się mocno rozgniewał. Czegoś mu nie chciano dać, jakiejś drobnostki, która mu się należała. Spierał się z nim aresztant siłacz, wysokiego wzrostu, zły, zawadiaka, szyderca i wcale nie tchórz, Wasilij Antonow, z oddziału cywilnego. Długo już krzyczeli i sądziłem, że sprawa skończy się co najwyżej na prostym pobiciu się, ponieważ i Pietrow czasem, chociaż rzadko, bił się i klął, jak ostatni z katorżnych. Ale tym razem stało się coś innego: Pietrow nagle pobladł, wargi mu zadrżały i posiniały, dech mu zaparło. Wstał z miejsca i powoli, bardzo powoli swoimi cichymi, bosymi krokami (latem lubił chodzić boso) podszedł do Antonowa. Naraz w całej hałasującej i wrzaskliwej kazarmie wszyscy ucichli; muchę można było posłyszeć. Wszyscy czekali, co to będzie? Antonow skoczył naprzeciw niego; twarz miał zmienioną... Nie mogłem się patrzeć i wyszedłem z kazarmy. Myślałem, że nie dojdę jeszcze do ganku, gdy usłyszę krzyk zarżniętego człowieka. Ale do tego nie doszło; Antonow, zanim jeszcze Pietrow doszedł do niego, milcząc, co prędzej, rzucił mu to, o co się spierali. (Chodziło o jakieś nędzne szmaty do obwijania nóg). W parę minut potem Antonow sklął Pietrowa, dla przyzwoitości, żeby pokazać, że niezupełnie stchórzył. Ale na łajanie Pietrow nie zwrócił wcale uwagi, nawet nie odpowiedział; nie o obelgi chodziło w sporze, ale o rzecz, którą Pietrow zabrał i z której był wielce rad. W kwadrans potem po dawnemu wałęsał się po ostrogu z miną człowieka niemającego nic do roboty i jak gdyby szukał, czy nie mówią gdzieś o czymś ciekawym, żeby i swój nos tam wetknąć i posłuchać. Zdawało się, że wszystko go zajmuje, a jednak jakoś tak się zdarzyło, że na wszystko po większej części był obojętny i tylko tak bez celu włóczył się po ostrogu, jakby nim coś miotało w różne strony. Można go było porównać z robotnikiem, z tęgim robotnikiem, w którego rękach robota aż trzeszczy, ale któremu nie dają roboty i oto on siedzi, czekając na nią, i bawi się z małymi dziećmi.
Nie zrozumiałem też, dlaczego nie ucieknie z ostrogu, bo byłem pewny, że nie zawahałby się uciec, gdyby tego mocno zapragnął. Nad takimi ludźmi rozsądek ma władzę dopóty, dopóki czegoś nie zapragną, a wtedy nie ma już żadnej przeszkody ich zachceniu. Jestem przekonany, że wybornie potrafiłby uciec, zmyliłby wszystkich, po tygodniu mógłby siedzieć bez chleba gdziekolwiek w lesie lub w trzcinie rzecznej. Ale widocznie na tę myśl jeszcze nie wpadł, nie zapragnął ucieczki w całej pełni. Jakiejś większej rozwagi ani szczególnego rozsądku nigdy w nim nie spostrzegałem. Tacy ludzie rodzą się z jedną ideą, która przez całe życie nieświadomie rzuca ich tędy i owędy; tak miotają się przez całe życie, dopóki nie znajdą czegoś, co w całej pełni odpowiada ich chęci: wtedy już rozsądek na nic się im nie przyda. Dziwiłem się nieraz, jak to człowiek, który zarżnął swego naczelnika za uderzenie, kładzie się u nas bez wszelkiego oporu pod rózgi. A Pietrowa bito czasem rózgami, gdy go schwytano z wódką, bo i on, jak wszyscy katorżnicy bez rzemiosła, puszczał się na kontrabandę. Ale Pietrow i pod rózgi kładł się jakby za własną zgodą, to jest jak gdyby z przekonania, że kara zasłużona; w przeciwnym razie dałby się zabić, a nie poddałby się. Dziwiło mnie to również, że pomimo widocznego do mnie przywiązania, okradał mnie. Miewał on periodyczne napady złodziejstwa. To on ukradł mi Biblię, którą mu dałem, aby przeniósł z jednego miejsca w drugie. Miał z nią iść wszystkiego kilka kroków, ale po drodze zdołał znaleźć kupca, sprzedał ją, a pieniądze przepił. Zapewne pić mu się bardzo zachciało, a już co się bardzo zachciało, musiało być wypełnione. Taki jak on zarżnie człowieka dla kilkudziesięciu kopiejek, żeby za te pieniądze wypić kwaterkę wódki, a w innym czasie przepuści i ze stoma tysiącami. Wieczorem sam mi wyjawił o swoim złodziejstwie, ale bez najmniejszego zmieszania i żalu, zupełnie obojętnie, jako o rzeczy najzwyklejszej. Spróbowałem porządnie go wyłajać; żal mi też było mojej Biblii. Pietrow słuchał bez rozdrażnienia, spokojnie; zgadzał się, że Biblia jest bardzo pożyteczną książką, szczerze żałował tego, że ukradł, i patrzał na mnie z taką pewnością siebie, że natychmiast przestałem go łajać. Łajanie zaś moje znosił prawdopodobnie w tym przekonaniu, że nie może być przecież bez tego, żebym go nie wyłajał za takie przestępstwo, więc niechże ulży swemu sercu, niech się pocieszy, niech wyłaje; ale w gruncie rzeczy uważał to za głupstwo, za takie głupstwo, o którym poważny człowiek i mówić by nie chciał. W ogóle zdaje mi się, że Pietrow uważał mnie za dziecko, niepojmujące najprostszych rzeczy na świecie. Jeżeli na przykład sam z nim zaczynałem rozmowę, i to o naukach i książkach, to odpowiadał mi wprawdzie, ale jakby tylko z grzeczności, ograniczając się do najkrótszych odpowiedzi.
Często zadawałem sobie pytanie: po co mu te książkowe wiadomości, o które się mnie zazwyczaj wypytuje? Zdarzało się, że podczas takich rozmów spojrzę na niego z boku: czy się też nie śmieje ze mnie? Ale nie; słuchał zwykle poważnie, uważnie, chociaż zresztą co się tyczy uwagi, to nie bardzo, i ta właśnie okoliczność niekiedy mnie gniewała. Pytania zadawał dokładne, wyraźnie określone, ale niezbyt się dziwił otrzymywanym wiadomościom i przyjmował je nawet z roztargnieniem... Zdawało mi się również, że powziął o mnie, niewiele sobie łamiąc głowę, wyobrażenie jako o człowieku, z którym nie można rozmawiać jak z innymi ludźmi, że oprócz rozmowy o książkach nic innego nie rozumiem i nawet niezdolny jestem rozumieć, więc i nie warto mnie niepokoić pytaniami.
Jestem pewny, że Pietrow mnie nawet lubił, i to mnie bardzo zastanawiało. Może uważał mnie za człowieka niedorosłego, niepełnego, może miał dla mnie to szczególnego rodzaju współczucie, które instynktownie budzi się w każdej istocie silnej względem słabszej... nie wiem. I choć to wszystko nie przeszkadzało mu okradać mnie, wszakże jestem pewny, iż okradając, żałował mnie. „Ech — myślał sobie zapewne, sięgając ręką po moją własność — cóż to za człowiek, który nie umie bronić nawet swojego mienia!” Ale za to właśnie, jak się zdaje, mnie lubił. Sam mi to pewnego razu powiedział, wyrwało mu się to, że jestem „nazbyt dobroduszny człowiek” i „już tak prosty, tak prosty, że żal bierze. Tylko wy, Aleksandrze Piotrowiczu — dodał po chwili — nie bierzcie tego za obrazę, ja to tak z głębi duszy powiedziałem”.