— Wszystkich pod sąd! Ja was! A tam kto w kuchni? — wrzasnął, zobaczywszy nas w otwartych okienkach. — Wszystkich tutaj! Spędzić ich tu zaraz!
Pisarz Diatłow ruszył do nas, do kuchni. W kuchni powiedziano mu, że tu nie mają pretensji. Niezwłocznie wrócił do majora i doniósł mu o tym.
— A, nie mają! — przemówił o dwa tony niżej, widocznie uradowany. — Wszystko jedno, wszystkich tutaj!
Wyszliśmy. Czułem, że jakoś nam wstyd wychodzić. Wszyscy też szli jakby ze zwieszoną głową.
— A, Prokofjew! Jełkin także, a to ty Ałmazow... Stawajcie, stawajcie tutaj, w kupie — mówił do nas major spiesznym, ale miękkim głosem, łaskawie spoglądając na nas. — M-ki, ty także tutaj... Diatłow! Natychmiast spisać wszystkich niemających pretensji osobno, niezadowolonych osobno, wszystkich, co do jednego, a bumagę157 do mnie. Ja wszystkich was podam... pod sąd! Ja was, łotry!
„Bumaga” wywarła wrażenie.
— My zadowoleni! — ponuro odezwał się głos jakiś z tłumu niezadowolonych, ale jakoś nie bardzo stanowczo.
— A, zadowoleni? Kto zadowolony? Kto zadowolony, niech wychodzi.
— Zadowoleni, zadowoleni — przyłączyło się kilka głosów.
— Zadowoleni! A więc to znaczy, że was podburzali? To znaczy, że byli podżegacze, buntowszczyki? Tym gorzej dla nich!