— Panie Boże, cóż to takiego! — rozległ się jakiś głos w tłumie.

— Kto, kto to krzyknął, kto? — zaryczał major — rzucając się w tę stronę, skąd dał się słyszeć głos. — To ty, Rastorgujew, tyś krzyknął? Do kordegardy!

Rastorgujew, otyły i wysoki parobczak, wyszedł z tłumu i powoli powlókł się do kordegardy. Nie on krzyknął bynajmniej, ale ponieważ na niego wskazano, więc nie przeczył.

— Z sadła się wściekacie! — zawył w ślad za nim major. — Widzisz go, tłusta morda! Ja was tu wszystkich wyszukam! Wychodzić zadowoleni!

— Zadowoleni, wasze wysokobłagorodie! — posępnie odezwało się kilkadziesiąt głosów; reszta uporczywie milczała. Ale majorowi tylko tego potrzeba było. Dla niego samego, widocznie, najwygodniej było zakończyć sprawę jak najprędzej i zakończyć jaką taką zgodą.

— A, teraz wszyscy zadowoleni! — odezwał się śpiesznie. — Ja to wiedziałem... To zaczynszczyki! Między nimi widocznie są zaczynszczyki! — ciągnął dalej, zwracając się do Diatłowa. — Trzeba to szczegółowo zbadać. A teraz... teraz czas na robotę. Bij w bęben!

Sam był obecny przy rozprowadzaniu partii. Aresztanci w posępnym milczeniu rozchodzili się na roboty, radzi przynajmniej z tego, że mieli prędzej z oczu zejść. Ale zaraz po odejściu aresztantów major udał się do kordegardy i rozprawił się z „zaczynszczykami”, nie bardzo zresztą srogo. Śpieszył się nawet. Mówiono mi potem, że jeden z nich prosił o przebaczenie, i major natychmiast mu przebaczył. Widać było, że major nie czuje się zupełnie spokojny i że może nawet stchórzył. Pretensja jest to w każdym razie rzecz drażliwa, a choć skarga aresztantów właściwie nie mogła być nazwana pretensją, bo przedstawiano ją nie wyższej władzy, ale samemu majorowi, jednak było to jakoś nieładnie. Szczególnie uderzało to, że wszyscy gromadnie powstali. Trzeba było w jakikolwiek sposób zatrzeć sprawę. Mniemanych podżegaczy wkrótce wypuszczono.

Od następnego dnia żywność się polepszyła, choć zresztą nie na długo. Major w pierwszych dniach potem częściej zaczął nawiedzać ostróg i częściej znajdował nieporządki. Nasz podoficer chodził zasmucony i zbity z tropu, zdawało się, że wciąż nie może otrząsnąć się z zaskoczenia. Co się tyczy aresztantów, to jeszcze długo potem nie mogli się uspokoić, ale już nie burzyli się jak dawniej, tylko w ich milczeniu widać było jakieś zaniepokojenie i troskę. Niektórzy zwiesili głowy, inni smutnie i niechętnie odzywali się o całej tej sprawie. Było wielu takich, którzy z pewnym rozjątrzeniem wyśmiewali się z siebie samych, jakby chcąc się ukarać za pretensję.

— Na, weź, bracie, i pokosztuj! — odzywa się jeden.

— Gdzie ta mysz, co by kotowi dzwonek przywiązała? — robi uwagę inny.