Po wszystkich kątach i za stołami rozsiedli się aresztanci w czapkach, półkożuszkach i podpasani, gotowi wyjść natychmiast na roboty. Przed niektórymi stały drewniane kubki z kwasem31. Do kwasu drobiono chleb i popijano z kubków. Gwar i hałas był nieznośny, ale niektórzy przyzwoicie i z cicha rozmawiali po kątach.
— Staruszkowi Antonyczowi chleb i sól, jak się masz! — powiedział młody aresztant, sadowiąc się obok zachmurzonego bezzębnego aresztanta.
— No, jak się masz, jeżeli nie żartujesz — odpowiedział powitany, nie podnosząc oczu i usiłując zżuć chleb swoimi bezzębnymi szczękami.
— A ja, Antonycz, byłem pewny, żeś ty już umarł; doprawdy.
— Nie, ty naprzód umrzyj, a ja po tobie...
Usiadłem koło nich. Z prawej strony obok mnie rozmawiali dwaj poważni aresztanci, starając się widocznie jeden wobec drugiego zachować jak najwięcej powagi.
— U mnie, nie bój się, nie ukradną — mówił jeden z nich. — Ja, bracie, sam boję się, żeby czego nie ukraść.
— No i mnie też gołą ręką nie bierz: oparzę!
— I po co masz parzyć. Taki sam warnak32, jak inni; innej nazwy nie mamy... obierze cię i nawet się nie ukłoni. Tu, bracie, i moja kopiejka się umyła. Onegdaj sama przyszła. Gdzie się z nią podziać? Zacząłem prosić Fiedkę-oprawcę, tego, co to miał dom na przedmieściu, od Salomonki parszywego, od Żyda kupił, co się potem powiesił.
— Wiem. On u nas w trzecim roku był szynkarzem, a nazywa się Gruszka — ciemny szynk, znam go.