— Czy mają coś ze sobą? — spytał nagle żandarma, który nas przyprowadził.

— Mają własną odzież, wasze wysokobłagorodie — odpowiedział żandarm, wyprostowawszy się w jednej chwili, nawet z pewnym drgnięciem. Wszyscy go znali, wszyscy o nim słyszeli i bali się go.

— Wszystko odebrać. Oddać im tylko bieliznę, i to tylko białą; kolorową, jeżeli jest, odebrać. Wszystko poza tym sprzedać na licytacji. Pieniądze zapisać do przychodu. Aresztant nie ma własności — mówił dalej, surowo popatrzywszy na nas. — Pamiętajcie dobrze się prowadzić! Żebym nie słyszał! Jeżeli nie... ka-ra cie-les-na! Za najmniejsze wykroczenie — r-r-ózgi!

Nieprzywykły do takich przyjęć, przez cały ten wieczór byłem prawie chory. Wrażenie tego przyjęcia wzmogło się jeszcze wskutek tego, co ujrzałem w ostrogu; ale o pierwszym wejściu moim do ostrogu już opowiadałem.

Tylko co powiedziałem, że nam nie śmiano pobłażać i nie pobłażano, żeśmy w porównaniu z innymi aresztantami nie mieli żadnej ulgi w pracy. Raz jednak próbowano to uczynić: ja i B-ki (Polak) przez całe trzy miesiące chodziliśmy do kancelarii inżynierów w charakterze pisarzy. Ale zrobiono to cichaczem i zrobiła to władza inżynieryjna. Naturalnie, wszyscy inni, do których należało wiedzieć, wiedzieli zapewne o tym, ale udawali, że nie wiedzą. Działo się to jeszcze przy komendancie G-wie. Podpułkownik G-kow spadł nam jak z nieba, był u nas bardzo niedługo, jeżeli się nie mylę, nie więcej jak pół roku, a nawet jeszcze mniej, i odjechał do Rosji, wywarłszy nadzwyczajne wrażenie na wszystkich aresztantach. Mało powiedzieć, że go aresztanci lubili, oni go ubóstwiali, jeżeli można użyć tu tego wyrazu. Nie wiem, w jaki sposób tego dokonał, ale wiem, że podbił sobie ich serca od razu. „Prawdziwy ojciec, ojciec nie będzie lepszy!” — powtarzali co chwila przez cały czas, kiedy zarządzał oddziałem inżynierii. Hulaka, zdaje się, był straszliwy. Niewielkiego wzrostu, z zuchwałym, pewnym siebie spojrzeniem, z aresztantami był łaskawy, dochodził niemal do czułości i rzeczywiście lubił ich jak ojciec. Dlaczego tak lubił aresztantów, nie umiem tego objaśnić, ale wiem, że nie mógł spotkać się z aresztantem, ażeby mu nie powiedzieć łaskawego, wesołego słowa, nie pośmiać się z nim, nie pożartować, a nie było w tym ani odrobiny traktowania z góry, nic, co by wyglądało na łaskawość zwierzchnika. Umiał być z nimi jak towarzysz, jak człowiek równy. Pomimo jednak całego tego jego instynktownego demokratyzmu, aresztanci ani razu nie pozwolili sobie na jakąś poufałość, na brak szacunku wobec niego. Przeciwnie. Tylko twarz aresztanta rozkwitała, gdy spotykał się z komendantem i zdjąwszy czapkę, patrzał już z uśmiechem na podchodzącego ku sobie naczelnika. A gdy ten przemówi — jak gdyby rublem obdarzył. Zdarzają się tacy popularni ludzie. Wyglądał na zucha, chodził prosto, żwawo. „Orzeł!” — mówili o nim aresztanci. Ulżyć im losu, naturalnie, nie mógł, zawiadywał tylko robotami inżynierskimi, które i przy wszystkich innych komendantach szły swoim zwyczajnym, legalnym porządkiem. Tyle tylko że, bywało, spotkawszy przypadkiem partię na robocie, a widząc, że robota skończona, nie trzymał jej niepotrzebnie i puszczał przed uderzeniem w bęben. Ale podobała się jego ufność ku aresztantom, brak drobiazgowej drażliwości, zupełny brak form obrażających, zwykłych w stosunkach z podwładnymi. Myślę, że gdyby zgubił tysiąc rubli, a najpierwszy z naszych złodziei je znalazł, to byłby mu je odniósł. Mam głębokie przekonanie, że tak by się stało.

Z jak wielkim współczuciem dowiedzieli się aresztanci, że ich orzeł-komendant pokłócił się na śmierć z naszym nienawistnym majorem. Stało się to zaraz pierwszego miesiąca po jego przybyciu. Nasz major służył kiedyś razem z nim. Spotkali się po długim niewidzeniu jak przyjaciele i zahulali razem. Ale nagle nastąpiło zerwanie i G-w stał się śmiertelnym wrogiem majora. Mówiono nawet, że pobili się przy tym zerwaniu stosunków, co być mogło, bo major często się bijał. Gdy o tym posłyszeli aresztanci, radości ich nie było końca. „Czy to ośmiookiemu żyć w zgodzie z takim! Ten nasz, a nasz”... i tu zwykle dodawano słówko niestosowne do druku. Ogromnie się interesowali, kto kogo pobił. Gdyby wieść o tej bójce okazała się była nieprawdziwa (co było możliwe), to zdaje mi się, że naszym aresztantom byłoby bardzo przykro. „Nie, to już pewne, że komendant był górą — mówili — on mały, ale chwat, a tamten, słychać, schował się przed nim pod łóżko”. Ale G-kow prędko odjechał i aresztanci zapadli w dawny smutek. Prawda, że nasi naczelnicy inżynieryjni wszyscy byli dobrzy: przy mnie zmieniło się ich trzech, czy czterech; „A jednak — mówili aresztanci — nie znajdzie się już takiego; orzeł był, orzeł i obrońca”.

Otóż ten G-kow bardzo lubił wszystkich nas szlachtę i przy końcu kazał mnie i B-kiemu chodzić niekiedy do kancelarii. Po jego odjeździe urządziło się to więcej prawidłowo. Wśród inżynierów byli ludzie (szczególnie jeden), którzy czuli do nas wielką sympatię. Chodziliśmy, przepisywaliśmy papiery, nawet nasze pismo zaczęło się doskonalić, gdy nagle nadszedł od wyższej władzy rozkaz, ażeby nas niezwłocznie odesłać do dawnej pracy: ktoś już zdążył donieść! Zresztą dobrze się stało, bo kancelaria zaczęła się nam bardzo przykrzyć. Przez dwa lata potem prawie nierozłącznie chodziliśmy z B-kim na roboty, najczęściej do warsztatu. Gawędziliśmy ze sobą, rozmawialiśmy o naszych nadziejach, przekonaniach. Dzielny to był człowiek, ale jego przekonania były niekiedy bardzo dziwne, pełne wyłączności. Bywa to, że u pewnego rodzaju ludzi bardzo rozumnych ustalają się pojęcia wręcz paradoksalne. Ale tyle się za nie wycierpiało, tak wielkim kosztem się je nabyto, że oderwać się od nich zbyt boleśnie, prawie niepodobna. B-ki z bólem przyjmował każdy zarzut z mej strony i zgryźliwie mi odpowiadał. Zresztą w wielu rzeczach być może miał on więcej ode mnie słuszności, nie wiem tego; aleśmy się na koniec rozłączyli i to mnie bardzo bolało: przeżyliśmy już wiele razem.

Tymczasem M-cki stawał się z biegiem lat coraz smutniejszy i posępniejszy. Smutek go pożerał. W początkach mego pobytu w ostrogu był bardziej towarzyski, dusza jego częściej i więcej objawiała się na zewnątrz. Już trzeci rok żył w katordze, gdy do niej wstępowałem. Z początku zajmowało go bardzo wiele rzeczy, które przez te dwa lata stały się na świecie, a o których on nie miał wyobrażenia, siedząc w ostrogu; rozpytywał mnie, słuchał, oburzał się. Ale pod koniec, z upływem lat, wszystkie uczucia zaczęły się w nim koncentrować wewnątrz, w sercu. Żar pokrywał się popiołem, a nienawiść wciąż rosła. „Je hais ces brigands” — powtarzał mi często, z nienawiścią patrząc na katorżników, których ja już zdołałem lepiej poznać, i żadne dowody, które przetaczałem na ich korzyść, nie działały na niego. Nie rozumiał, co mówię; czasami zresztą jakby w roztargnieniu zgadzał się, ale nazajutrz powtarzał znowu: „Je hais ces brigands”. Nawiasem dodam, żeśmy często ze sobą rozmawiali po francusku i za to nas pewien dozorca przy robotach, żołnierz inżynieryjny Dranisznikow, przezwał felczerami. M-ki ożywiał się tylko, mówiąc o swojej matce. „Stara jest — mówił do mnie — chora, kocha mnie nade wszystko na świecie, a ja tu nie wiem nawet, czy żyje. Dość już było dla niej tego, że wiedziała, jak mnie pędzono przez strój”... M-ki nie był szlachcicem i przed zesłaniem ukarano go cieleśnie. Wspominając o tym, zaciskał zęby i starał się patrzeć w bok.

W ostatnich czasach coraz częściej przechadzał się samotnie. Pewnego razu około południa wezwano go do komendanta. Komendant wyszedł do niego z wesołym uśmiechem.

— No, M-cki, co ci się dziś w nocy śniło? — zapytał.