„Aż drgnąłem — opowiadał, wróciwszy do nas M-cki. — Jakby mi coś serce przeszyło”.

— Śniło mi się, że list od matki otrzymałem — odpowiedział.

— Lepsze rzeczy, lepsze! — zawołał komendant. — Jesteś wolny! Matka prosiła... prośba jej wysłuchana. Oto jej list, a oto dekret o tobie. Natychmiast wyjdziesz z ostrogu.

Wrócił do nas blady, jeszcze nie mogąc się opamiętać po otrzymanej wiadomości. Winszowaliśmy mu, a on nam ściskał ręce swoimi drżącymi, chłodnymi z wrażenia dłońmi. Wielu aresztantów winszowało mu także i byli radzi jego szczęściu.

Wyszedł na posielenie i zamieszkał w naszym mieście. Wkrótce dano mu posadę. Z początku często przychodził do naszego ostrogu i udzielał nam rozmaitych nowin. Przede wszystkim polityczne bardzo go zajmowały.

Z pozostałych czterech, to jest oprócz M-go, T-go, B-go i Z-go, dwaj byli jeszcze bardzo młodymi ludźmi, przysłanymi na krótko. Mało mieli wykształcenia, ale byli zacni, prości, szczerzy. Trzeci, A-czukowski, zanadto był ograniczony i nic w sobie nie miał szczególnego, ale czwarty, B-m, człowiek już starszy, wywierał na nas wszystkich najprzykrzejsze wrażenie. Nie wiem, w jaki sposób dostał się między takich przestępców (politycznych) i sam on przeczył temu. Była to gruba, małomieszczańska dusza, z narowami i zasadami kramarza, który doszedł szachrajstwem do majątku. Nie miał wcale wykształcenia i nic go nie zajmowało oprócz jego rzemiosła. Był to malarz pokojowy, i to malarz nie lada, wspaniały malarz. Prędko się władza dowiedziała o jego talencie i całe miasto zaczęło wykorzystywać B-ma do malowania ścian i sufitów. W ciągu dwóch lat wymalował wszystkie kwatery rządowe, za co płacili mu mieszkańcy tych kwater i żył dostatnio. Ale najlepszą rzeczą to było, że razem z nim na robotę zaczęto posyłać i jego towarzyszy. Z tych, co ciągle z nim chodzili, dwóch nauczyło się od niego tego rzemiosła i jeden z nich, T-rzewski, zaczął malować niegorzej od B-ma. Nasz plac-major, który także mieszkał w rządowym domu, z kolei wezwał do siebie B-ma i kazał mu wymalować wszystkie ściany i sufity. Tu już się B-m wysadził: nawet u generał-gubernatora nie było ścian tak pięknie wymalowanych. Dom był drewniany, jednopiętrowy, stary i z zewnątrz koślawo wyglądał; wewnątrz za to pomalowano go jak pałac i major był zachwycony... Zacierał ręce i mówił, że teraz musi się ożenić; „przy takim mieszkaniu nie można się nie żenić” — dodawał poważnie. Z B-ma był coraz więcej zadowolony, a dzięki niemu i z innych, którzy z nim pracowali. Malowanie ciągnęło się przez miesiąc. Przez ten miesiąc major zupełnie zmienił opinię o wszystkich naszych (tj. o politycznych przestępcach) i zaczął ich protegować. Doszło do tego, że pewnego razu wezwał do siebie z ostrogu Ż-kiego.

— Ż-ki — powiedział do niego — skrzywdziłem cię. Kazałem cię obić daremnie, wiem o tym. Żałuję tego. Czy ty to rozumiesz? Ja, ja, żałuję tego!

Ż-ki odpowiedział, że rozumie.

— Czy pojmujesz to, że ja, ja, twój naczelnik, wezwałem cię do siebie po to, aby cię przeprosić. Czy ty to czujesz? Ktożeś ty wobec mnie? Robak! Mniej niż robak, aresztant! A ja z łaski Bożej166 major. Major! Rozumiesz?

Ż-ki odpowiedział, że i to rozumie.