— Otóż teraz godzę się z tobą. Ale czy ty czujesz, czy odczuwasz to w całej pełni? Czyś zdolny to pojąć i odczuć? Wyobraź sobie tylko: ja, ja, major itd.

Sam Ż-ki opowiadał mi tę scenę. Więc jednak i w tym pijanym, głupim i nieporządnym człowieku było jakieś ludzkie uczucie. Biorąc pod uwagę jego wyobrażenia i poziom umysłowy, można by taki postępek nazwać prawie wspaniałomyślnym. Być może zresztą, że stan nietrzeźwy wiele się do tego przyczyniał.

Jego marzenie się nie spełniło: nie ożenił się, choć był już na to zupełnie zdecydowany, gdy skończono oporządzać jego mieszkanie. Zamiast na kobierzec ślubny dostał się pod sąd, po czym kazano mu się podać do dymisji. Wtedy już i wszystkie stare grzechy wylazły. Był on, zdaje się, przedtem w tym mieście horodniczym167... Cios spadł na niego niespodzianie. W ostrogu wieść o tym niezmiernie wszystkich ucieszyła. Toż było święto, uroczystość! Major, powiadają, beczał jak baba i zalewał się łzami. Ale nie było rady. Wziął dymisję, sprzedał parę koni, potem resztę mienia i nawet popadł w biedę. Spotykaliśmy go potem w cywilnym wytartym surducie i w czapce z kokardką; gniewnie spoglądał na aresztantów. Ale cały urok zniknął ze zdjęciem munduru. W mundurze wywoływał grozę, był bogiem; w surducie stał się nagle niczym i miał minę lokaja. Rzecz dziwna, czym jest mundur dla takich ludzi.

Uwaga tłumacza. Drukowane obecnie w „Nowej Reformie” Wspomnienia Sybiraka168 (pamiętniki Józefa Bogusławskiego) pozwalają szczęśliwym trafem podać w całości nazwiska Polaków, o których mówi Dostojewski w swoich pamiętnikach, oznaczając te nazwiska tylko pierwszymi literami, z dodaniem czasami końcówek. Otóż pod literą Ż. ukrywa się profesor Żochowski169, pod T. — Józef Tokarzewski170, pod M. — Aleksander Mirecki171, wreszcie pod B. sam autor Wspomnień Sybiraka, Józef Bogusławski, który w r. 1848 wysłany był z Wilna do robót przymusowych na Syberii. Porównanie jednych wspomnień z drugimi, a przede wszystkim porównanie tego, jak się odzywa Dostojewski o Bogusławskim, a jak Bogusławski o Dostojewskim, byłoby rzeczą bardzo ciekawą, ale w krótkim przypisie nie da się należycie wykonać, zwłaszcza że pamiętniki Bogusławskiego w części dopiero są znane.

XIV. Wyjście z katorgi

Ostatni rok katorgi prawie tak samo jest mi pamiętny, jak pierwszy, szczególnie ostatnie chwile pobytu w ostrogu. Ale po co się wdawać w szczegóły. Powiem tylko, że pomimo iż niecierpliwie oczekiwałem terminu kary więziennej, łatwiej mi było żyć w tym roku, aniżeli we wszystkich poprzednich latach więzienia. A przede wszystkim miałem już wśród aresztantów wielu dobrych znajomych i przyjaciół, którzy stanowczo orzekli, żem dobry człowiek. Wielu z nich było mi oddanych i szczerze mnie lubili. Pionier omal nie zapłakał, odprowadzając mnie i mego towarzysza przy wyjściu z ostrogu, i kiedyśmy potem przez cały jeszcze miesiąc mieszkali w tym mieście, w pewnym rządowym budynku, co dzień prawie zachodził do nas, tak tylko, aby na nas popatrzeć. Były jednak indywidua surowe i nieuprzejme do końca, którym ciężko było przemówić do mnie choć słowo, Bóg wie dlaczego. Zdawało się, że między nami wznosi się jakaś przegroda.

W ostatnich czasach w ogóle miałem więcej ulg aniżeli przez cały czas katorgi. W mieście wśród wojskowych znaleźli się moi znajomi, nawet dawni szkolni towarzysze. Wznowiłem stosunki z nimi. Dzięki nim mogłem mieć więcej pieniędzy, mogłem pisywać do rodziny, mogłem nawet otrzymywać książki. Od kilku lat nic nie czytałem i trudno mi zdać sprawę z tego dziwnego, wzburzającego wrażenia, jakie wywarła na mnie pierwsza książka przeczytana w ostrogu. Pamiętam, zacząłem czytać z wieczora, kiedy zamknięto kazarmę, i czytałem przez całą noc do świtu. Był to zeszyt jakiegoś pisma periodycznego. Zupełnie jakby wieść z tamtego świata przyleciała do mnie; minione życie jasno i wyraziście stanęło przede mną i z tego, co przeczytałem, starałem się odgadnąć: czy bardzo się oddaliłem od tego życia? Czy wiele oni tam przeżyli beze mnie? Co ich teraz porusza, jakimi kwestiami się zajmują? Czepiałem się słów, czytałem między wierszami, szukałem tajemnego znaczenia, aluzji do przeszłości, odnajdowałem ślady tego, co przedtem, w moich czasach, poruszało ludzi i smutno mi było teraz przekonywać się, do jakiego stopnia byłem obcy nowemu życiu, jak stałem się odciętym strzępem. Trzeba było przywykać do nowych rzeczy, zaznajamiać się z nowym pokoleniem. Ze szczególną chciwością rzuciłem się na artykuł, pod którym znalazłem imię znajomego, bliskiego mi niegdyś człowieka... Ale już i nowe imiona rozbrzmiewały; zjawili się nowi działacze i rwałem się, aby ich poznać, i zły byłem, że mogę mieć tak mało książek, że tak trudno dostać się do nich. Przedtem zaś, przy dawniejszym plac-majorze, niebezpiecznie było nosić książki do katorgi. W razie rewizji byłoby niewątpliwie badanie: „Skąd książki? Gdzieś je wziął? A więc masz stosunki?...” A cóż mogłem odpowiedzieć na takie pytania. I dlatego, żyjąc bez książek, mimo woli zagłębiałem się sam w sobie, zadawałam sobie pytania, usiłowałem je rozwiązać i one męczyły mnie niekiedy... Ale wszystkiego tego nie sposób opowiedzieć!...

W zimie wstąpiłem do ostrogu, dlatego zimą miałem wyjść na wolność, tego samego miesiąca i dnia, którego przybyłem. Z jaką niecierpliwością oczekiwałem zimy, z jaką rozkoszą patrzałem przy końcu lata na liście więdnące na drzewach, na trawę usychającą na stepie. Ale oto już przeszło lato, zawył wiatr jesienny; oto już pierwszy śnieg zaczął prószyć... Nadeszła na koniec dawno oczekiwana zima! Serce moje niekiedy zaczynało bić głucho i mocno, czując bliską swobodę. Ale rzecz dziwna: im więcej czas upływał, im bliższy był termin wyzwolenia, tym coraz cierpliwszy się stawałem. W ostatnich dniach aż mnie to zadziwiło i robiłem sobie wyrzuty; zdawało mi się, żem zupełnie zobojętniał. Wielu aresztantów, spotykając mnie na dziedzińcu w czas wolny, nawiązywało rozmowę ze mną, winszując mi:

— Otóż już wyjdziecie, batiuszka Aleksander Pietrowicz, na słobodę, prędko, prędko. Zostawicie nas biedaków.

— A cóż, Martynow, a wy czy już prędko wyjdziecie? — pytam w odpowiedzi.