— Ja? No, co tam mówić! Siedem lat jeszcze się przemęczę...
I westchnie, zatrzyma się, popatrzy roztargnionym wzrokiem, jakby zaglądając w przyszłość... Tak, wielu szczerze i radośnie mi winszowało. Zdawało mi się, że wszyscy zaczęli się ze mną uprzejmiej obchodzić. K-czyński, Polak i szlachcic, spokojny i dobry młodzieniec, podobnie jak i ja, lubił w czasie wolnym chodzić dużo po dziedzińcu. Chciał czystym powietrzem i ruchem ocalić zdrowie i zrównoważyć zły wpływ dusznych nocy w kazarmach. „Niecierpliwie oczekuję pańskiego wyjścia — powiedział mi z uśmiechem, spotkawszy się ze mną na przechadzce. — Pan wyjdziesz i ja już wtedy będę wiedział, że równo rok jeszcze pozostanie mi do wyjścia”.
Nawiasem muszę dodać, że wskutek ciągłych rojeń i długiego odwyknięcia wolność u nas w ostrogu wydawała się czymś większym od rzeczywistej wolności, to jest tej, do której wzdychano. Aresztanci mieli przesadzone wyobrażenie o wolności, a rzecz to tak naturalna, tak właściwa każdemu więźniowi. Jakiś obdarty dieńszczyk oficerski wydawał się nam niemal królem, niemal ideałem wolnego człowieka w porównaniu z aresztantami, dlatego tylko, że nie miał ogolonej głowy, chodził bez kajdan i bez konwoju.
W wigilię ostatniego dnia, o zmroku, obszedłem po raz ostatni cały nasz ostróg wokoło pod palami. Ile tysięcy razy robiłem to samo koło w ciągu tych wszystkich lat? Tu, za kazarmami, błąkałem się w pierwszym roku mojej katorgi sam, opuszczony, przybity na duchu. Pamiętam, jak liczyłem wtedy, ile tysięcy dni mam jeszcze tu przebyć. Boże, jak to dawno było! Oto tu w tym kącie żył nasz uwięziony orzeł; tu znów spotykał mnie często Pietrow. On i teraz szukał mego towarzystwa. Podbiegnie ku mnie i jakby zgadując moje myśli, w milczeniu idzie koło mnie i, rzekłbyś, dziwi się czemuś sam w sobie. Pożegnałem się w myśli z tymi poczerniałymi zębami naszych kazarmów. Jak niemile raziły wzrok mój wtedy, w owe pierwsze czasy. Zapewne i one się przez ten czas postarzały, alem tego nie mógł zauważyć. I ileż to w tych ścianach zagrzebano bezowocnie młodości, ile wielkich sił zginęło tu daremnie! Bo trzeba już wszystko powiedzieć: ten lud więzienny wszakże to byli ludzie niezwyczajni. Wszak to były może najzdolniejsze, najsilniejsze żywioły z całego naszego ludu. Ale zginęły bezowocnie potężne siły, zginęły nienormalnie, bezprawnie. A kto temu winien?
Otóż to, kto winien?
Nazajutrz rano, jeszcze przed wyjściem aresztantów na roboty, jak tylko zaczynało świtać, obszedłem wszystkie kazarmy, żeby się pożegnać ze wszystkimi aresztantami. Wiele silnych, spracowanych rąk wyciągnęło się uprzejmie ku mojej dłoni. Niektórzy ściskali ją zupełnie po koleżeńsku, ale takich było niewielu. Inni już dobrze rozumieli, że ja za chwilę będę zupełnie odmiennym od nich człowiekiem. Wiedzieli, że mam w mieście znajomości, że natychmiast stąd udam się do panów i zasiądę z tymi panami jak równy. Rozumieli to i żegnali się ze mną wprawdzie uprzejmie i grzecznie, ale bynajmniej nie jak z towarzyszem, raczej jak z panem. Inni odwracali się ode mnie i surowym milczeniem odpowiadali na moje pożegnanie; niektórzy nawet spoglądali na mnie z nienawiścią.
Umilkł bęben, wszyscy ruszyli na roboty, a ja pozostałem w domu. Suszyłow tego dnia wstał bodaj czy nie wcześniej od wszystkich i dokładał wszelkich starań, ażeby mógł mi jeszcze zrobić herbatę. Biedny Suszyłow! Zapłakał, gdy mu ofiarowałem swoje znoszone aresztanckie rzeczy i trochę pieniędzy. „Mnie nie o to, nie o to chodzi! — mówił, z drżącymi od płaczu wargami. — Ale jak to ja was utracę, Aleksandrze Piotrowiczu? Przy kim się ja tu bez was zostanę!”.
Po raz ostatni pożegnałem się i z Akimem Akimyczem.
— Ot już i wam prędko! — powiedziałem do niego.
— Mnie tu długo, mnie tu bardzo długo jeszcze siedzieć — mamrotał, ściskając mi rękę. Rzuciłem się mu na szyję i pocałowaliśmy się.