— Widziałam go. Przez ten tydzień co dzień z nim rozmawiałam. On chce, bym do niego przychodziła. Mówi, że gdy mnie widzi, to zapomina o tym, że jest chory i umierający — odpowiedziała Mary.

Skoro pierwsze zdumienie minęło, wyglądał Dick, jakby doznał uczucia wielkiej ulgi.

— Bardzo się z tego cieszę — wykrzyknął. — Z całego serca się cieszę. Teraz będzie mi lżej. Wiedziałem, że mi o nim mówić nie wolno, a nie lubię nic ukrywać.

— Nie chcesz ukrywać się z ogrodem? — spytała Mary.

— Nigdy bym o nim nie powiedział — odrzekł. — Ale mówię do matki: „Matko, mam tajemnicę, której nie mogę wydać. Nie jest to nic złego, ani brzydkiego. Nie jest to nic gorszego, jak żebym ukrywał, gdzie jakie gniazdko jakiegoś ptaszka. Nie gniewasz się na mnie, prawda?”.

Mary pragnęła zawsze słyszeć, co mówiła matka.

— Cóż matka powiedziała? — zapytała, nie lękając się usłyszeć odpowiedzi.

Dick uśmiechnął się błogo.

— Z góry można było przewidzieć, co powie — odparł. — Pogłaskała mnie po głowie, rozśmiała się i rzekła: „Moje dziecko, wolno ci mieć swoje sekrety, toć cię znam już dwanaście lat”.

— A skąd wiedziałeś o Colinie? — dopytywała Mary.