— Mój ty Boże! — zawołała pani Medlock. — Musieliśmy wszyscy pozwolić sobie po głowie tańcować, odkąd się urodził nieomal, nic dziwnego, że mu się zdaje, że ludzie na to stworzeni, by nimi mógł rządzić!
— Jeśli będzie żył, to może z tego wyrośnie — poddał pan Boach.
— Jedno to wiem na pewno — rzekła pani Medlock. — Jeżeli będzie żył, a ta indyjska panna będzie tu mieszkała, to ręczę, że go nauczy, że do niego nie należy cała pomarańcza, jak mówi Zuzanna Sowerby. A on powoli dojdzie do świadomości, która cząstka jego jest własnością.
W pokoju zaś siedział Colin oparty na poduszkach.
— Teraz wszystko już pewne — powiedział. — I dzisiaj po południu go zobaczę, dzisiaj po południu wejdę do niego!
Dick ze swymi stworzonkami wrócił do ogrodu. Mary została z Colinem. Nie wyglądał na zmęczonego, lecz był niesłychanie spokojny cały czas przed śniadaniem i przez cały czas trwania tegoż. Dziwiła się, dlaczego tak jest, i spytała go.
— Takie ci się ogromne oczy zrobiły, Colinie — powiedziała. — Jak tylko myślisz, to ci się robią takie ogromne oczy, jak dwa koła. O czymże tak rozmyślasz?
— Muszę ciągle myśleć o tym, jak też wygląda — odpowiedział.
— Co? Ogród? — spytała Mary.
— Wiosna — odpowiedział. — Myślałem właśnie o tym, żem nigdy jej nie widział. Rzadko kiedy wychodziłem, a gdy wychodziłem, tom nie patrzał. Nie zastanawiałem się nigdy.