— Stworzenia przyszły — rzekł Colin poważnie. — Chcą nam pomóc.
Mary zauważyła, że Colin naprawdę wyglądał prześlicznie. Głowę miał podniesioną dumnie, jakby się czuł rodzajem kapłana, a dziwne jego oczy miały w sobie jakieś blaski tajemnicze. Promienie słoneczne padały na niego poprzez konary drzewa.
— Teraz zaczynamy — powiedział. — Mary, czy będziemy się kiwać w tył i naprzód, jakbyśmy byli derwiszami?
— Ja się nie mogę kiwać na wszystkie strony, bo mi reumatyzm wlazł w kości — rzekł Ben Weatherstaff.
— Czary was wyleczą — rzekł Colin tonem Wielkiego Kapłana — ale nie będziemy się kiwali, dopóki nie będzie wam dobrze. Tymczasem będziemy śpiewali.
— Ja tam nie umiem śpiewać — rzekł Ben Weatherstaff trochę zły. — Jedyny raz, com próbował śpiewać w kościele, to mnie z chóru wyrzucili.
Nikt się nie rozśmiał. Wszyscy zanadto byli poważnie nastrojeni. Na twarzyczce Colina nawet najlżejszy cień się nie pojawił. Myślał tylko o czarach.
— Więc sam będę śpiewał — powiedział. I począł nucić, wyglądając nie jak chłopiec z krwi i kości, lecz jak widmo. „Słońce cudne, słońce wiosenne świeci. To są czary. Rozkwitają kwiaty, rozchylają się kielichy róż, korzonki ich w ziemi pracują — to czary, żyć — to czary; być silnym — czary. Czary są we mnie — we mnie, ze mną są czary. Są ze mną, są we mnie. Są one w nas wszystkich. Czary są w plecach i chorych kościach Bena Weatherstaff. Czary! Czary! Przybądźcie, pomóżcie!”.
Powtarzał to wiele, wiele razy — nie tysiąc, ale bardzo wiele razy. Mary słuchała jak zahipnotyzowana. Wydało jej się to równocześnie dziwne i cudne i byłaby chciała, by to bez końca powtarzał. Bena Weatherstaff poczęła ogarniać dziwna, słodka senność. Brzęczenie pszczół wśród kwiecia mieszało się z monotonią dziecinnego głosiku i usposabiało do snu. Dick siedział z uśpionym królikiem na łonie, a jedną rękę oparł na grzbiecie jagniątka. Sadza odepchnęła wiewiórkę i przytuliła się do jego ramienia, szare powieki opadały jej na senne oczy. Na koniec Colin ucichł.
— Teraz obejdę ogród dokoła — oświadczył po chwili.