Skinął twierdząco rudą, falistą czupryną.
— Dlategom tu przyszedł.
Schylił się, by podnieść z ziemi coś, co tam położył na ten czas, gdy grał na fujarce.
— Przyniosłem narzędzia do ogrodu. Jest tu łopatka i grabie, i motyka. I mocne są, i dobre! Jest też i kielnia. A gdym nasionka kupował, to mi kupcowa dodała paczkę białego maku i paczkę lobelii.
— Pokażesz mi nasionka? — spytała Mary.
Podobał jej się sposób mówienia Dicka. Mowa jego była prędka i łatwa. Takie się miało uczucie, jakby Mary lubił i jakby na chwilę nie wątpił, że i ona go polubi, choć był tylko zwykłym chłopczyną ze stepu, w połatanej odzieży, z zabawną bardzo miną i twardą, rudą czuprynką. Kiedy Mary podeszła bliżej do niego, poznała, że szedł od niego zapach wrzosów, trawy i listków, jakby cały z nich był urobiony. Podobało jej się to bardzo, a gdy spojrzała w jego zabawną twarz o czerwonych policzkach, zadartym nosie i okrągłych oczach, zapomniała zupełnie o swej nieśmiałości.
— Usiądźmy sobie tu na pniu — rzekła — i obejrzyjmy wszystko.
Usiedli, a Dick wyciągnął z kieszeni niezgrabne zawiniątko w brązowym papierze. Rozwinął sznurek, a wewnątrz ukazały się mniejsze paczuszki z obrazkami kwiatów na każdej.
— Dużo jest rezedy i maków — rzekł. — Rezeda najcudniej pachnie ze wszystkich kwiatów, a rośnie wszędzie, gdziekolwiek ją się zasieje, tak samo jak maki. Wschodzą one i kwitną, tylko im skinąć palcem.
Ucichł i szybko odwrócił głowę, rozjaśniając twarz różową.