— To ja — odparła Mary.
— A jam myślał, że panienka nic się nie zna na ogrodnictwie — zawołał.
— No i nie znam się — odrzekła — ale one takie były malutkie, a trawa wokoło nich tak gęsta i silna, że wyglądały, jakby miejsca nie miały i jakby im tchu brakło. Więc im zrobiłam miejsce. Nawet nie wiem, co to są te kiełkujące roślinki.
Dick znów ukląkł na ziemi i zaśmiał się swoim szerokim śmiechem.
— Miała panienka rację — rzekł. — Żaden ogrodnik inaczej by panience nie powiedział. Teraz wyrosną aż do nieba. To są krokusy i pierwiosnki, a te oto, to narcyzy — potem wskazując na inny kawałek, dodał: — a to żonkile. Oj, będzież to widok cudny!
Biegał od jednego miejsca do drugiego.
— To panienka huk roboty zrobiła, jak na taką małą — rzekł, patrząc na nią.
— Ja też teraz jestem tłuściejsza — rzekła Mary — i wiele silniejsza. Dawniej to zawsze byłam zmęczona. Ale gdy kopię, to się wcale nie męczę. A tak lubię wąchać ziemię świeżo skopaną!
— Dla panienki to bardzo zdrowo — rzekł Dick, trzęsąc głową z powagą. — Nie ma na świecie nic milszego jak zapach czystej, świeżej ziemi, z wyjątkiem może świeżych, wyrastających z niej roślinek, gdy deszczyk wiosenny je skropi. Kiedy pada, to bardzo często idę na step, pod krzakiem się kładę i słucham słodkiego poszumu spadających kropli na wrzosy, i wącham a wącham. Matka mówi, że mi się koniec nosa tak rusza, jak królikowi.
— A nie zaziębisz się? — pytała Mary, patrząc nań z podziwem. Nigdy w życiu nie widziała takiego zabawnego chłopca, a może tak miłego.