— Prosiłam o cztery, za pozwoleniem pani — wyjaśniła. — Mam tylko cztery pensy.

— Dorzuciłam dwa... dla lepszej wagi — odpowiedziała dobrodusznie sklepikarka. — Zjesz je sobie przy sposobności. Czy nie jesteś głodna?

Sarze aż zaćmiło się w oczach.

— Tak — odpowiedziała — jestem bardzo głodna i bardzo pani dziękuję za jej łaskawość... ale...

Tu chciała dodać: „ale na ulicy jest dziewczynka jeszcze głodniejsza ode mnie”.

W tejże jednak chwili weszło do sklepu naraz kilku bardzo spieszących się klientów, więc nie pozostało jej nic innego, jak podziękować sklepikarce i oddalić się.

Mała żebraczka siedziała jeszcze wciąż skulona w kącie pod drzwiami, patrząc przed siebie tępym, zbolałym wzrokiem, a od czasu do czasu przecierając szorstką ręką oczy, nabiegające tamowanymi dotąd łzami.

Sara otwarła torebkę i wyjęła jedno z ciastek, które swym ciepłem nieco już ogrzały jej własne, zziębnięte dłonie.

— Weź to — rzekła, wręczając ciastko dziewczynce. — To dobre i ciepłe. Zjedz, a trochę się pożywisz... nie będziesz tak głodna...

Dziewczynka wzdrygnęła się i utkwiła w niej przerażone oczy, jakby niedowierzając tak nagłemu i zdumiewającemu szczęściu; naraz pochwyciła ciastko i poczęła chciwie jeść.