— O mój Boże, mój Boże! — wzdychała przy tym w wielkim zachwycie. — O mój Boże!

Sara wydobyła jeszcze trzy ciastka i podała je dziewczynce. Ochrypły, brzmiący żarłocznością głos małej żebraczki miał w sobie coś przerażającego.

— Ona jest głodniejsza ode mnie... ona przymiera głodem... — rzekła sobie Sara w duchu, ale jej ręka drżała, gdy wydobywała czwarte ciastko. — Ja nie przymieram głodem — zauważyła, dokładając piąte.

Wygłodzone dziecko londyńskiej ulicy zbyt łapczywie pożerało dane mu przysmaki, by miało czas podziękować — choćby nawet znało się na zasadach grzeczności, których nikt nigdy nie wpajał tej małej dzikusce.

— Do widzenia! — rzekła Sara, odchodząc.

Doszedłszy na drugą stronę ulicy, obejrzała się za siebie. Dziewczynka trzymała po ciastku w obu rękach i zatrzymała się w pół kęsa, ażeby się jej przyjrzeć. Sara skinęła głową — a dziecko, po chwili wpatrywania się w nią, odpowiedziało wstrząśnięciem zwichrzonej czupryny i nie wzięło do ust ani kęsa, póki Sara nie zniknęła na zakręcie ulicy.

W tejże chwili przez szybę wystawową wyjrzała sklepikarka.

— No, czegoś takiego tom jeszcze nie widziała! — zawołała. — To ta mała podarowała swoje ciastka żebraczce? A przecież sama miała na nie chętkę... a wyglądała mi na bardzo głodną! Dużo bym dała za to, by wiedzieć, czemu to ona uczyniła.

Stała przez chwilę za oknem i rozmyślała, po czym zdjęta ciekawością podeszła ku drzwiom i zapytała żebraczkę:

— Kto ci dał te ciastka?