— Umiem chodzić tak cicho, jakbym miał stopy z aksamitu — odparł Ram Dass — a dzieci mają sen głęboki... nawet w nieszczęściu. Gdyby ktoś drugi podawał mi rzeczy przez okno, potrafiłbym zrobić resztę, a ona nawet by się nie ruszyła. Gdy się obudzi, pomyśli, że był tu czarnoksiężnik.
Uśmiechnął się, jak gdyby poczciwe serce pod białą odzieżą szepnęło mu coś miłego.
— Wygląda to jak bajka z Tysiąca i jednej nocy — odpowiedział, również śmiejąc się, sekretarz. — Tylko mieszkańcom Wschodu przychodzą podobne pomysły, które nigdy by się nie wylęgły z mgły londyńskiej.
Pobyt ich nie trwał już długo — na szczęście dla Melchizedecha, który, nie rozumiejąc słów rozmowy, w każdym poruszeniu, w każdym szepcie przybyszów dopatrywał się czegoś groźnego. Młody sekretarz zdawał się wszystkim interesować. W notatniku swym opisał podłogę, piec, złamany podnóżek, stary stół — wodził ręką po ścianach i jakby bardzo się ucieszył, gdy znalazł wielką liczbę gwoździ, powbijanych w różne miejsca.
— Będzie można na nich wieszać różne rzeczy — oświadczył.
Ram Dass uśmiechnął się tajemniczo.
— Wczoraj, gdy jej nie było — odrzekł — przyszedłem tu, przynosząc małe, ostre gwoździki, które można wbić w ścianę bez użycia młotka, i rozmieściłem je tam, gdzie będą mi potrzebne.
Sekretarz rozejrzał się jeszcze raz po pokoju i chowając do kieszeni notatnik, rzekł:
— Zdaje mi się, że już dość zanotowałem. Możemy odejść. Sahib Carrisford ma dobre serce. Szkoda wielka, że nie udało mu się odnaleźć zaginionego dziecka.
— Gdy ją odnajdzie, na pewno odzyska siły — przytaknął Ram Dass. — Oby Bóg mu ją przywrócił!