Wysunęli się przez okno tak cicho, jak weszli. Przekonawszy się, że już nareszcie odeszli, Melchizedech doznał wielkiej ulgi, a po upływie paru minut uznał za rzecz bezpieczną wyleźć znowu z nory i rozpocząć myszkowanie po pokoju. Miał bowiem nadzieję, że nawet tak groźne istoty ludzkie, jak dwaj niedawni goście, mogły mieć w kieszeniach okruszynki chleba i upuścić ich kilka na podłogę.

Czarnoksiężnik

Gdy Sara mijała sąsiedni dom, spostrzegła Ram Dassa zamykającego okiennice i zdołała w przelocie zobaczyć wnętrze gabinetu. Na kominku płonął, jak zwykle, suty ogień, a Pan z Indii siedział w fotelu przed nim. Głowę podpierał dłonią, a na twarzy widać było, jak zawsze, ból i znużenie.

— Biedak! — pomyślała Sara. — Ciekawe, co on sobie teraz w myśli wyobraża.

A oto co on sobie wyobrażał w tej chwili:

— Wyobraźmy sobie... Wyobraźmy sobie... że jeżeli nawet Carmichael odszuka tych ludzi w Moskwie... to okaże się, iż dziewczynka zabrana przez nich z pensji Madame Pascal nie jest tą, której poszukujemy. Przypuśćmy, iż będzie to zgoła inna dziewczynka. Cóż wówczas pocznę?

Gdy Sara weszła do domu, natknęła się na miss Minchin, która zeszła na dół, by wyłajać kucharkę.

— Gdzieżeś się włóczyła tak długo? — brzmiało ostre zapytanie. — Nie było cię tu od kilku godzin.

— Było tak mokro i takie błoto — odpowiedziała Sara — więc trudno mi było iść, bo buciki mam zdarte i potykałam się ciągle.

— Nie wykręcaj się i nie kłam! — upomniała ją miss Minchin.