Sara weszła do kuchni. Kucharka właśnie dostała surową burę, była więc w jak najgorszym humorze, przeto ujrzawszy Sarę, rada była wyładować na niej całą złość.

— Myślałam, że całą noc przesiedzisz w mieście! — warknęła.

Sara położyła na stole sprawunki. Kucharka spojrzała na nie, mrucząc coś pod nosem. Była naprawdę wściekła.

— Czy mogę dostać coś do jedzenia? — zapytała Sara słabym głosem.

— Kolacja już zjedzona i sprzątnięta — brzmiała odpowiedź. — Coś ty sobie myślała, że będę ją grzała dla ciebie?

Sara milczała przez chwilę.

— Nie miałam dziś obiadu — odezwała się cicho; nie podnosiła głosu, bojąc się by nie zadrżał.

— Jest tam trochę chleba na kredensie — burknęła kucharka. — O tej porze nic innego już nie dostaniesz.

Sara poszła do kredensu. Znalazła tam parę kawałków zeschniętego i twardego chleba. Kucharka w nazbyt złym była humorze, by dać jej choć odrobinę masła lub powideł; owszem, miło jej było, że może na Sarze wywrzeć swój gniew, zostawiając ją o suchym chlebie.

Przebycie trzech długich przęseł schodów, wiodących110 na poddasze, okazało się dla dziecka rzeczą trudną. Schody te nieraz Sarze wydawały się długie i strome, gdy była zmęczona. Tego wieczora jednak miała wrażenie, że nigdy nie dojdzie do ich końca. Kilka razy musiała się zatrzymać, by wypocząć. Gdy wreszcie dotarła do najwyższego podestu, ujrzała smugę światła dochodzącą z jej pokoiku. Domyśliła się, że Ermengarda przyszła znów do niej z wizytą. Myśl ta przyniosła Sarze pewną pociechę. Sama obecność nieporadnej i grubej Ermengardy, opatulonej w czerwony szal, zdolna była ją nieco rozgrzać.