Istotnie, otworzywszy drzwi, ujrzała Ermengardę, która siedziała pośrodku łóżka, podwinąwszy nogi pod siebie. Ermengarda nigdy nie spoufaliła się z Melchizedechem i jego rodziną, mimo że czuła dla nich wielką sympatię. Ilekroć znalazła się sama na poddaszu, zawsze wolała siedzieć na łóżku, póki Sara nie nadeszła. Tym razem miała czas i sposobność nieco się zdenerwować, bo Melchizedech wylazł już z nory i węszył wokoło przez czas dłuższy, a raz nawet wydał stłumiony pisk, przysiadłszy na tylnych łapkach i patrząc wyraźnie w jej stronę.

— O Saro, jakże się cieszę, żeś przyszła! — zawołała na widok wchodzącej. — Melchizedech tak wciąż węszy wokoło! Starałam się go namówić, by wrócił do nory, ale on nie chce długo w niej siedzieć. Wiesz, że go lubię... ale boję się, gdy on węszy w moją stronę. Jak myślisz? Czy on kiedy nie skoczy na mnie?

— Nie — odpowiedziała Sara.

Ermengarda przysunęła się na skraj łóżka i spojrzała na przyjaciółkę.

— Wydajesz mi się bardzo zmęczona, Saro — rzekła. — Jesteś blada jak ściana.

— Tak, jestem zmęczona — odpowiedziała Sara, siadając na kulawym podnóżku. — Aha, jest tu i Melchizedech... przylazł biedaczek, by poprosić o kolację.

Melchizedech wylazł przed chwilą z nory, jakby posłyszał jej kroki na schodach, i podszedł ku niej z wyrazem serdeczności i oczekiwania. Sara włożyła rękę do kieszeni i wywróciła na zewnątrz podszewkę, potrząsając głową.

— Przykro mi bardzo — odezwała się. — Nie zostawiłam ci ani okruszynki. Wracaj do nory, Melchizedechu, i powiedz swej żonie, że nie miałam dziś nic w kieszeni. Kucharka i miss Minchin tak się na mnie gniewały!

Melchizedech, jakby zrozumiał, szmyrnął z rezygnacją, ale i z niezadowoleniem, do swej nory.

— Nie spodziewałam się zobaczyć cię dziś o tej porze, Ermengardo — rzekła Sara.