— Ach, coś wspaniałego! — odpowiedziała Ermengarda z gorączkową skwapliwością. — Dziś po południu najdroższa moja ciocia przysłała mi paczkę, pełną dobrych rzeczy. Paczki tej nawet nie tknęłam, bo zjadłam dużo leguminy na obiad i byłam bardzo zmartwiona książkami, które mi tatuś przysłał.

Tu słowa zaczęły się sypać z jej ust, jak grad:

— Jest tam piernik i małe paszteciki i ciastka z konfiturami, pączki, pomarańcze, winogrona, rodzynki, figi i czekolada. Wymknę się do mojego pokoju i przyniosę to wszystko za chwilę, to będziemy jadły we dwie.

Wzmianka o jedzeniu dziwnie oszołamia człowieka osłabionego głodem. Sara omal zatoczyła się jak pijana.

— Myślisz... że ci się uda? — zawołała, chwytając się ramienia Ermengardy.

— Uda mi się na pewno! — odpowiedziała Ermengarda, po czym podbiegła ku drzwiom, otworzyła je po cichu, wytknęła głowę na ciemne schody i zaczęła nadsłuchiwać. — Już wszystkie światła pogaszone. Wszyscy śpią. Mogę iść tak cicho, że nikt mnie nie usłyszy.

Pomysł ten był tak wspaniały, że obie przyjaciółki uścisnęły się serdecznie, a w oczach Sary zaświecił błysk nagły.

— Ermio! — zawołała. — Wiesz co? Zabawimy się! Będziemy udawały, że urządzamy balik. Ale czy... czy nie zaprosiłabyś więźnia z sąsiedniej celi?

— Dobrze, dobrze! Zastukajmy w ścianę. Dozorca nie usłyszy.

Sara podeszła ku ścianie, a słysząc znacznie już cichszy płacz Becky, zastukała cztery razy.