Tak się spieszyła, że wymykając się z pokoiku nawet nie zauważyła, iż czerwony szal zsunął się jej z ramion i upadł na podłogę. Przez dłuższą chwilę nikt tego nie spostrzegł. Becky była wprost ogłuszona szczęściem, które ją spotkało.

— Ach panienko, panienko! — wzdychała. — Wiem ci ja, ze to panienka prosiła pannę Ermengardę, żeby mi pozwoliła tu przyść... Aze mi się chce płakać, kiej o tem myślę.

Podeszła do Sary i wpatrzyła się w nią z uwielbieniem. A w wymęczonych głodem oczach Sary zaczął się jarzyć dawny blask, nadający światu nową, piękniejszą postać. Tu na tym poddaszu — wobec zimnej, czarnej nocy, panującej wokoło na dworze — wobec popołudnia, spędzonego na zabłoconych i mokrych ulicach — wobec niewygasłego jeszcze wspomnienia o straszliwie patrzących, zgłodniałych oczach małej żebraczki — to drobne, radosne zdarzenie wydało się wręcz czymś czarodziejskim.

— Nie wiem czemu to przypisać — rzekła nabrawszy tchu — ale zawsze, gdy ma mnie spotkać coś najgorszego, zdarza się nagle jakaś odmiana. Zupełnie, jak gdyby jakiś czarodziej wdawał się w tę sprawę.

Pochwyciła Becky i potrząsnęła nią wesoło.

— Nie! Nie! Nie wolno ci płakać! — zawołała. — Musimy się pospieszyć i nakryć stół.

— Nakryć stół, panienko? — zdziwiła się Becky, rozglądając się wokoło po pokoju. — A cemze go nakrywać?

Sara również poczęła się rozglądać.

— Rzeczywiście! — zaśmiała się. — Nie bardzo jest czym nakrywać!

W tej chwili ujrzała czerwony szal Ermengardy, leżący na stole.