— Rety, jakie tez to piekne! — westchnęła Becky.
— Gdybyśmy tylko miały jakie podstawki do cukierków! — mruknęła Sara. — Aha! Już mam! Przypominam sobie, że widziałam coś przed chwilą.
Był to wprawdzie tylko kłębek wełny, owinięty w czerwoną i białą bibułkę — jednakże bibułka wkrótce przybrała kształt małych talerzyków, a jej okrawki wraz z resztkami kwiatów zużyto do przyozdobienia lichtarzyka, który miał oświecać całą tę uroczystość. Jedynie jakaś moc czarnoksięska zdolna była z tego wszystkiego zrobić coś więcej niż stary stół, nakryty czerwonym szalem i założony rupieciami z dawno nie otwieranego kufra. Jednakże Sara, cofnąwszy się parę kroków w tył, patrzyła z zachwytem na te domniemane cuda, a Becky szła za jej przykładem.
— Prose panienki — szeptem ozwała się Becky, rozglądając się po pokoju. — Cy to aby jesce ta sama Bastylio... cy tez sie ona przemieniła w cosik innego?
— Tak, tak! To coś zupełnie innego! — odpowiedziała Sara. — To sala biesiadna!
— Retyz-ty, panienko! — zawołała Becky. — Sala bez sadła? — i w nieśmiałym zakłopotaniu zaczęła się przyglądać otaczającym ją świetnościom.
— Biesiadna! Sala biesiadna! — poprawiła ją Sara. — Taka wielka komnata, w której urządza się uczty. Ma ona strzeliste sklepienia, galerię śpiewaków i olbrzymi komin pełen płonących polan dębowych, a po obu jej bokach wiszą świeczniki, lejące rzęsiste światło.
— O rety, panienko! — westchnęła znów Becky.
Otworzyły się drzwi i weszła przez nie Ermengarda, ledwie trzymając się na nogach pod ciężarem paczki. Na widok tego, co zaszło w pokoju, cofnęła się z okrzykiem podziwu:
— Ach, Saro! Tak pomysłowej dziewczynki, jak ty, jeszcze nigdy nic widziałam!