Kładąc się do łóżka, usłała koło swych nóg gniazdko dla przybysza. Małpka zwinęła się w kłębek i zasnęła jak małe dzieciątko, wielce zadowolona ze swej kwatery.
„Oto jest to dziecko”
Dnia następnego trzej członkowie Dużej Rodziny siedzieli w bibliotece pana z Indii starając się w miarę możliwości rozweselić go rozmową. Pan Carrisford zaprosił ich dzisiaj umyślnie. Od dłuższego czasu żył w wielkiej niepewności i oczekiwaniu, a dziś właśnie z ogromną niecierpliwością oczekiwał pewnego zdarzenia.
Zdarzeniem tym był powrót pana Carmichaela z Moskwy. Jego pobyt w tym mieście przewlekał się z tygodnia na tydzień. Gdy tam przybył po raz pierwszy, wszystkie jego poszukiwania spełzły na niczym. W końcu udało mu się dowiedzieć na pewno o miejscu zamieszkania owej rodziny; gdy jednak tam zaszedł, służba oznajmiła mu, że państwo wybrali się w podróż. Wszelka pogoń za nimi okazała się bezcelowa, przeto pan Carmichael zdecydował się pozostać w Moskwie aż do ich powrotu.
Pan Carrisford siedział w swym wielkim fotelu, a jego faworytka Janet zajęła miejsce na podłodze koło niego. Nora usadowiła się na jednym z podnóżków, a Donald wskoczył na tygrysi łeb, wznoszący się ponad rozpostartą na ziemi skórą tego zwierza i jeździł na nim dość hałaśliwie.
— Nie rób takich krzyków, Donaldzie — upomniała go Janet. — Gdy przychodzisz w odwiedziny do osoby chorej, nie powinieneś jej zabawiać głosem tak przeraźliwym. Proszę pana, czy on nie bawi się zbyt głośno?
Pan Carrisford poklepał ją po ramieniu.
— Nie, nie — odpowiedział. — Niech się bawi. To mnie odrywa od smutnych myśli.
— Właśnie się uciszam — wrzasnął Donald. — Będziemy się wszyscy sprawowali cicho jak myszki.
— Myszki nie robią takiego hałasu! — zauważyła Janet.