Donald zrobił sobie uzdę z chusteczki do nosa i jął podskakiwać na karku tygrysim, jak na koniu.
— Owszem, zrobiłyby taki hałas, gdyby ich było dużo... na przykład tysiąc — odpowiedział z wesołym uśmiechem.
— O, chyba pięćdziesiąt tysięcy! — rzekła Janet z surową minką: — a my powinniśmy się zachowywać tak cicho, jak gdyby tu była tylko jedna myszka.
Pan Carrisford zaśmiał się i znów poklepał ją po ramieniu.
— Tatuś powinien tu przybyć już niezadługo — rzekła Janet. — Może teraz porozmawiamy o zaginionej dziewczynce?
— Zdaje mi się, że nie potrafiłbym teraz mówić o niczym innym — odpowiedział pan Carrisford, marszcząc czoło w smutku.
— My tak ją lubimy! — zawołała Nora. — Nazywamy ją księżniczką nie z bajki.
— Czemuż to tak? — zaciekawił się pan Carrisford; lubił się przysłuchiwać różnym powiedzonkom dziecinnym, bo odrywały go one od innych myśli...
— A dlatego — odpowiedziała Janet — że choć nie jest postacią z bajki, to jednak, gdy ją odnajdziemy, będzie tak bogata jak księżniczka.
— Czy to prawda — spytała Nora — że jej tatuś powierzył wszystkie swoje pieniądze jakiemuś przyjacielowi, który miał kopać diamenty... i że ten przyjaciel potem uciekł, myśląc, iż stracił wszystkie te pieniądze, i uważając się za złodzieja?