— Ale wiesz przecie, że nie był złodziejem — wtrąciła Janet pospiesznie.

Pan Carrisford chwycił skwapliwie jej rękę.

— Tak jest, on nie był złodziejem — powtórzył.

— Bardzo mi żal tego przyjaciela — rzekła Janet. — On przecież nie działał w złej wierze... a jestem przekonana, że teraz bardzo boleje nad tym, co się stało.

— Rozumna z ciebie kobietka, Janet — odpowiedział pan Carrisford, tuląc do siebie jej rękę.

— A czy opowiadałaś panu o dziewczynce, która nie żebrze? — pisnął znowu Donald. — Czy pan wie, że ona ma nową, ładną sukienkę? Może ona też zaginęła, a teraz ją ktoś odnalazł?

— Dorożka! — zawołała Janet. — Staje przed bramą. To tatuś!

Wszyscy troje podbiegli ku oknu, by się przyjrzeć.

— Tak, to tatuś! — oznajmił Donald. — Ale przy nim nie ma dziewczynki.

Cała trójka, nie tracąc chwili czasu, wybiegła z pokoju i pędem wpadła do hallu. W ten sposób zawsze witali ojca. Słychać było, jak podskakiwali, klaskali w ręce, wśród gwarów i pocałunków.