Pan Carrisford próbował wstać, ale siły odmówiły mu posłuszeństwa.
— Nic z tego! — rzekł, siadając w fotelu. — Jestem człowiekiem złamanym i bezsilnym!
Pod drzwiami rozległ się głos pana Carmichaela:
— Nie, moje dzieci! Przyjdziecie później, gdy porozmawiam z panem Carrisfordem. Idźcie pobawić się z Ram Dassem.
Drzwi otwarły się i wszedł pan Carmichael. Był bardziej jeszcze rumiany, niż dawniej i wniósł z sobą atmosferę młodości i zdrowia; lecz przy przywitaniu oczy jego zaszły chmurą smutku i niepokoju, spotkawszy się z pytającym wzrokiem chorego.
— Jakie wieści? — zagadnął go pan Carrisford. — Cóż z tym dzieckiem, adoptowanym przez Rosjan?
— Nie jest to dziecko, którego szukamy — odpowiedział pan Carmichael. — Ono jest znacznie młodsze niż córeczka kapitana Crewe. Widziałem to dziecko i rozmawiałem z nim, a ci Rosjanie udzielili mi wszelkich potrzebnych informacji. Imię tej dziewczynki brzmi Emilia Carew.
Dłoń pana Carrisforda wysunęła się z dłoni pana Carmichaela, a na jego twarzy pojawiło się piętno udręczeń i zmęczenia.
— Trzeba więc rozpocząć nowe poszukiwania — westchnął. — Cóż robić! Ale proszę usiąść.
Pan Carmichael usiadł. W ciągu dłuższej znajomości z tym człowiekiem nabrał wielkiego przywiązania. Sam był taki zdrów i szczęśliwy, otoczony taką radością i miłością, że samotność i utrata zdrowia wydawały mu się czymś wprost nie do zniesienia; gorszą zaś rzeczą musiała być owa trapiąca myśl o krzywdzie, którą wyrządził dziecku, porzuconemu na łaskę losu gdzieś w świecie.