— Sahibie125 — przemówił — to dziecko samo tu przyszło... Mówię o dziewczynce, którą sahib raczył się zaopiekować. Przyniosła małpkę, która uciekła do jej pokoiku na poddaszu. Poprosiłem tę dziewczynkę, żeby zaczekała... bo przyszło mi do głowy, że sahib miałby ochotę ją ujrzeć i z nią porozmawiać.
— Któż to taki? — zapytał pan Carmichael.
— Przyznam się, że nie wiem dokładnie — odparł pan Carrisford. — Jest to właśnie ta dziewczynka, o której mówiłem. Taka sobie posługaczka w szkole.
Skinął ręką na Ram Dassa.
— Dobrze! Miło mi będzie ją zobaczyć. Przyprowadź ją tutaj.
Po czym zwrócił się do Carmichaela.
— Podczas twej nieobecności — zaczął opowiadać — dni tak były posępne i tak mi się dłużyły, że byłem wprost zrozpaczony. Ram Dass opowiadał mi o nieszczęśliwej doli tej dziewczyny... i we dwójkę ułożyliśmy romantyczny plan przyjścia jej z pomocą. Pomysł to był zapewne dziecinny... ale przynajmniej miałem czym się rozerwać. Jednak bez pomocy Ram Dassa, który, jako syn Wschodu, jest człowiekiem zręcznym i sprytnym, nie zdziałałbym niczego.
Do pokoju weszła Sara, niosąc małpkę, która skrzeczała i trzymała się mocno jej ramion, jak gdyby nie miała zamiaru z nią się rozłączać.
— Pańska małpka uciekła — rzekła Sara, rumieniąc się z radości, iż znalazła się w pokoju pana z Indii. — Zeszłej nocy podeszła do mojego okna na poddaszu, a ja wzięłam ją do siebie, bo tak zimno było na dworze! Odniosłabym ją natychmiast, gdyby nie było tak późno. Wiedziałam, że jest pan chory, więc nie chciałam robić ambarasu126.
Pan Carrisford spojrzał na nią z zaciekawieniem.