Pan Carrisford przyglądał się jej przez chwilę badawczo, nie mówiąc ani słowa. Był człowiekiem z natury porywczym i chciał utrzymać na wodzy swe usposobienie.
— Więc to pani jest miss Minchin? — zapytał.
— Ja, szanowny panie.
— W takim razie — odpowiedział pan Carrisford — przybywa pani w samą porę. Mój doradca prawny, pan Carmichael, właśnie wybierał się z wizytą do pani.
— Pański doradca prawny? — zdziwiła się wielce, spoglądając to na pana Carrisforda, to na pana Carmichaela, który skłonił się jej lekko. — To jakieś nieporozumienie. Przybyłam tu w sprawie, nakazanej mi przez mój obowiązek. Dowiedziałam się, że jedna z moich uczennic... trzymana tylko z łaski w mej szkole... ośmieliła się nachodzić szanownego pana w jego własnym mieszkaniu. Przyszłam wyjaśnić, że ona tu wtargnęła bez mojej wiedzy.
Następnie zwróciła się do Sary:
— Ruszaj mi zaraz do domu! — rozkazała z oburzeniem. — Będziesz surowo ukarana! Ruszaj do domu!
Pan z Indii przyciągnął Sarę do swego boku i pogłaskał ją po ręce.
— Ona stąd nie pójdzie! — oświadczył.
Miss Minchin myślała, że postrada zmysły.