Dalszy ciąg przemówienia skierowała już w stronę pana Carrisforda.
— Pan szanowny wybaczy, ale niełatwo znaleźć młodą osobę, co by miała tak baczne141 oko na twarz człowieka głodnego. Nieraz sobie o tym rozmyślałam. Niech mi panienka szanowna tego za złe nie weźmie — zwróciła się do Sary — ale pani teraz jakby bardziej rumiana... i lepiej wygląda, niż... niż wtedy... wtedy...
— Dziękuję pani, istotnie lepiej się teraz czuję... i... i lepiej mi się powodzi — odpowiedziała Sara. — A przybywam tu do pani z wielką prośbą...
— Do mnie, panienko szanowna! — zawołała sklepikarka, uśmiechając się dobrotliwie. — Owszem, daj Boże szczęście, niech panienka mówi. Czym mogę służyć?
Wówczas Sara, oparłszy się o ladę, przedstawiła swój projekt co do ciepłych ciastek i zgłodniałych sierotek. Kobieta słuchała, wpatrując się w nią osłupiałym wzrokiem.
— Ależ, daj Boże szczęście! — powtórzyła, wysłuchawszy do końca. — Uczynię to z całą przyjemnością! Sama pracuję ciężko i własnymi środkami zdziałać wiele nie potrafię... ale z pani pozwoleniem czuję się w obowiązku powiedzieć, że od owego dżdżystego dnia, dałam już niejeden kęs chleba ubogim, zawsze przy tym myśląc o pani... Jak pani była wówczas zziębnięta i przemoczona... i jaki głód wyzierał z jej oczu... A jednak pani tak hojnie ofiarowała swe ciastka, jak gdyby była co najmniej księżniczką.
Pan Carrisford mimo woli się uśmiechnął na te słowa. Sara również się uśmiechnęła, przypominając sobie, jakie to wyrzekła słowa, kładąc ciastka na okrytych łachmanami kolanach dziewczynki.
— Ona wydała się straszliwie zgłodniałą — odpowiedziała. — Była bardziej zgłodniała ode mnie.
— Była wprost zamorzona głodem — rzekła kobieta. — Nieraz potem mi opowiadała, że gdy tam siedziała na zimnie, zdawało jej się, jakby jakiś wilk wydzierał z niej wnętrzności.
— To pani widywała ją później? — zawołała Sara. — A może pani wiadomo, gdzie ona teraz przebywa?