— Podoba się panience? — zapytała, szczerząc zęby w tkliwym, serdecznym uśmiechu i nieśmiało trąc rękę o rękę.

— Czy mi się podoba? — zawołała Sara. — Toś ty sama to wszystko zrobiła, moja Becky?

Becky zaśmiała się śmiechem urywanym, lecz radosnym, a oczy jej zaszły łzami.

— Dyć to nic innego, ino flanela... i to jesce nie nowa... ale ja chciałam dać cosik panience na urodziny, więcem to wysywała po nocach. Wiedziałam, ze panienka umi se wyobrazić, ze to podusecka jedbawna z brelentowemi śpileckami; i ja se tyz to wyobrazałom, kiej robiłam tę poduseckę. A wedla tej kartecki — (tu zawahała się nieco), — to może nik sie na mnie nie pogniwo, ze podniesłam ją ze śmieciów? Miss Amelia wyrzuciła ją prec, więc se ją zabrałam; ni mom swojego bieletu, a wiedziałam, ze prezent przez bieletu taki jakisik nieprzystojny, więc przyśpiliłam bielet miss Amelii.

Sara rzuciła się jej na szyję i przytuliła ją do siebie, a w gardle dławiło ją coś niezmiernie.

— Ach, Becky! — zawołała, śmiejąc się z cicha. — Ja cię tak kocham... tak kocham naprawdę!

— Och, panienko! — wykrztusiła z siebie Becky. — Bóg zapłać panience, ale tyz ta ni mo cego chwalić! Ta flanela... ta flanela jest przecie bardzo staro!

Jeszcze o kopalniach diamentów

Gdy Sara po południu wkraczała do obwieszonej festonami38 sali szkolnej, wyglądała niby jakiś wódz na czele pochodu. Miss Minchin, ubrana w najpiękniejszą suknię jedwabną, prowadziła ją za rękę, za nią postępował lokaj, dźwigając pudełko z Ostatnią Lalką, za nim szła pokojówka, niosąc drugie pudło, a w straży tylnej kroczyła Becky z trzecim pudłem, ubrana w czysty fartuch i nowy czepek. Sara wolałaby wejść do sali w zwykły, codzienny sposób; jednakże miss Minchin wezwała ją do siebie i po krótkiej rozmowie w swym gabinecie wyraziła życzenie:

— To nie jest przecież dzień powszedni... i nie chciałabym, by go za taki uważano.