Wszystkie ślady uroczystości zatarto doszczętnie; ze ścian sali szkolnej pozdejmowano girlandy, a ławki i pulpity poustawiano z powrotem na dawnych miejscach. Salon miss Minchin wyglądał jak w inne dni — i nic w nim nie zdradzało, że niedawno odbywała się tu uczta. Miss Minchin przebrała się w codzienną suknię, a uczennice otrzymały rozkaz pochowania swych odświętnych sukienek. Spełniwszy ten rozkaz, powróciły do sali szkolnej i skupiły się gromadkami, szepcąc i gwarząc z ożywieniem.

— Powiedz Sarze, żeby przyszła do mojego pokoju — oznajmiła miss Minchin swej siostrze. — A zapowiedz jej przy tym, że nie życzę sobie żadnych beków ani awantur.

— Siostro — odpowiedziała miss Amelia. — Tak dziwnego dziecka nie widziałam jeszcze w mym życiu. Pamiętasz, że nie krzyczała wcale, kiedy kapitan Crewe odjeżdżał do Indii? Tak samo zachowała się i teraz. Gdy opowiadałam jej, co się stało, stała najspokojniej w świecie i wpatrywała się we mnie, nie mówiąc ani słówka, tylko pobladła jak ściana i otwarła oczy szeroko. Gdy skończyłam mówić, stała jeszcze przez parę sekund, wlepiając we mnie oczy, potem począł się jej trząść podbródek, odwróciła się, wybiegła z pokoju i udała się na górę. Kilka jej koleżanek zaczęło płakać, ale ona jakby ich nie słyszała ani nie zwracała uwagi na nic poza tym, co do niej mówiłam. Najbardziej mnie to uderzyło, że nie odpowiedziała ani słowa... a przecież gdy się komuś oznajmia jakąś nagłą i niespodziewaną wiadomość, należy się spodziewać, że posłyszymy choćby jakieś zapytanie... jakiś wyraz bólu...

Nikt prócz Sary nie wiedział — i nie dowiedział się nigdy, co działo się w jej pokoju, gdy wbiegła na górę i zamknęła na klucz drzwi za sobą. Prawdę mówiąc, to i ona sama niewiele mogła sobie przypomnieć ponad to, że chodziła przez czas dłuższy tam i z powrotem po pokoju, powtarzając ustawicznie głosem, który się jej wydawał jakby obcym:

— Mój tatuś nie żyje!... tatuś nie żyje!

W pewnym momencie zatrzymała się przed Emilką, spoglądającą na nią ze swego fotelu, i zawołała rozpaczliwie:

— Emilko! Czy słyszysz? Czy słyszysz, że mój tatuś nie żyje?... Umarł w Indiach... o tysiące mil od nas!...

Gdy, posłuszna wezwaniu, weszła do pokoju przełożonej, miała twarz bladą i ciemne obwódki dokoła oczu. Usta zacisnęła, jak gdyby pragnęła nie zdradzać się z tym, jak cierpi i co już wycierpiała. Nie była ani trochę podobna do tego różowego motylka, co niedawno w przystrojonej sali fruwał od jednej zabawki do drugiej; przeobraziła się w niedołężną, opuszczoną, prawie niezgrabną dziewuszynkę. Bez pomocy Marietty przebrała się w porzuconą od dawna, czarną welwetową sukienkę, przyciasną już i krótką, tak, iż smukłe nóżki, nazbyt wystając spod kusego51 rąbka, wydawały się i chude i zbyt długie, jak u bociana. Ponieważ nie mogła nigdzie znaleźć ani skrawka czarnej wstążki, przeto krótkie i gęste czarne włoski rozsypały się bezładnie dokoła twarzy, tworząc silny kontrast z jej bladością. W rękach tuliła Emilkę, osłoniętą kawałkiem czarnego materiału.

— Połóż tę lalkę — odezwała się miss Minchin. — Po coś ją tu przyniosła?

— Nie, nie położę — odpowiedziała Sara. — Ona jest wszystkim, co posiadam na ziemi. Dostałam ją od tatusia.