— Wyjdź z pokoju! — rozkazała miss Minchin.
Becky znów poczęła się kłaniać, a łzy już ciurkiem lały się jej po policzkach.
— Dobrze, juz pójdę, prose pani — odpowiedziała, trzęsąc się ze wzruszenia — ale ja chciałam ino to pani pedzieć: panna Sara była taką bogatą paniusią, którą cięgiem ino wsyścy obsługiwali... jak se ona tera poredzi bez słuzoncej? Cy mi też pani nie pozwoli jej posługować, kiej juz pomyję wsyćkie rondle i nacynia? Uwinę sie z tem prędziutko... zeby mi ino pani dała to pozwoleństwo... bym jej słuzyła, kiej ono tak zbidniała. Bidna tez dzisio ta panna Sara... a dyć49 niedawno przezywali ją księznickom.
Prośba ta, zamiast udobruchać miss Minchin, pobudziła ją do jeszcze większego gniewu. Tego było już nadto, żeby pierwszy lepszy szurgot kuchenny śmiał stawać po stronie tej nielubianej przez nią dziewczyny! Tak, nielubianej! Miss Minchin teraz dopiero w całej pełni uświadomiła sobie, że nigdy nie lubiła Sary.
— Nie! Nie! Za nic w świecie! — krzyknęła, tupiąc nogą. — Ona będzie usługiwać sama sobie... i innym. Wynoś mi się natychmiast z pokoju, jeżeli nie chcesz stracić u mnie służby!
Becky zarzuciła fartuch na głowę i umknęła czym prędzej do sutereny50, gdzie usiadła wśród rondli i garnków i płakała długo, boleśnie.
— Zupełnie kiejby w bajce... — westchnęła. — Tez tam opowiadają o księznickach, co zostały wygnane w świat...
*
Miss Minchin nigdy nie miała tak niewzruszenie spokojnego wyrazu twarzy, jak w parę godzin po opisanych zajściach, gdy stanęła przed nią Sara, posłuszna jej wezwaniu.
W tym to czasie Sara miała już wrażenie, jakby jej niedawne przyjęcie urodzinowe było albo snem, albo też zdarzeniem, które miało miejsce przed wieloma laty... i to w życiu nie jej samej, ale zgoła innej dziewczynki.