Gdy, domawiając słów tych, mijała róg stołu, stojącego w kącie, nagle wzdrygnęła się, posłyszawszy głośne, spazmatyczne łkanie, wydobywające się spod obrusa.

— Cóż tam takiego? — zawołała gniewnie.

Łkanie dało się słyszeć ponownie. Zniecierpliwiona miss nachyliła się i podniosła zwisający brzeg obrusa.

— Jakże ty śmiałaś!... — wrzasnęła. — Co za bezczelność! Wyłaź natychmiast!

Spod stołu wyczołgała się Becky; czepek miała przekrzywiony, a twarz czerwoną od stłumionego płaczu.

— To ja, prose pieknie łaski jaśnie pani... to ja... — zaczęła się usprawiedliwiać. — Wiem, ze nie powinnam była tego robić... ale ja się, prose pieknie pani, przypatrowałam tej lalce... i przestrasyłam sie, kiej pani wesła... i wlozłam se pod stół.

— Więc byłaś tam przez cały czas i podsłuchiwałaś? — zgromiła ją miss Minchin.

— Nie, prose jaśnie pani — przeczyła Becky, kłaniając się uniżenie. — Nie podsłuchiwałam... ino se myślałam, że będę mogła się wymknąć, zeby jaśnie pani mnie nie uźrzała... ale mi sie to nie udało, więcem tu ostała... Ja nie podsłuchiwałam, prose jaśnie pani... kajzebym śmiała... ale cóz na to poradze, zem ta cosik i słysała?...

Naraz jakby pozbyła się strachu wobec groźnej chlebodawczyni.

— Och, prose pieknie jaśnie pani — rzekła, zalewając się łzami — pewnikiem pani mnie za to wyłaje... ale mnie tak straśnie zal panienki Sary... taki straśny zal!