Jeżeli istotnie było tam coś jeszcze — coś takiego, o czym nawet wszechwiedząca służba nie wiedziała — to wiedzieć musiał o tym niewątpliwie ojciec Dużej Rodziny — ten pan, którego Sara nazywała panem Montmorency. Pan ten bowiem często zachodził do chorego; czasami — choć nie tak już często — przychodziła tu i pani Montmorency oraz wszystkie jej dzieci. Chory lubił szczególnie dwie starsze dziewczynki: Janet i Norę — tę, która tak się zaniepokoiła, gdy jej braciszek Donald dał Sarze sześć pensów. One również bardzo lubiły tego pana i zawsze z wielką radością oczekiwały pory popołudniowej, gdy pozwalano im wybrać się do niego na niedługą wizytę. Wizyty były krótkie i niehałaśliwe, gdyż liczono się ze stanem zdrowia gospodarza.

Janet była wśród nich najstarsza, więc uważała za swój obowiązek utrzymywać karność94 w rodzeństwie. Ona decydowała, kiedy wolno było prosić gospodarza, by zechciał opowiadać o Indiach; ona też zawsze pierwsza wyczuwała, kiedy już bywa zmęczony — wtedy dawała hasło, by odejść cicho z pokoju i przywołać Ram Dassa. Do tego czarnego sługi miały dzieci szczerą sympatię. Pewnie i on umiałby opowiedzieć im wiele ciekawych rzeczy, gdyby władał biegle innym językiem prócz hinduskiego.

Janet opowiedziała panu Carrisfordowi — bo takie było nazwisko pana z Indii — o spotkaniu z dziewczynką, co nie była żebraczką. Pan Carrisford bardzo się zainteresował tą opowieścią, zwłaszcza gdy z ust Ram Dassa dowiedział się o przygodzie małpki na poddaszu. Ram Dass opisał mu nader dokładnie pokoik na poddaszu — jego nagą podłogę, obdrapane ściany, zardzewiały i pusty piecyk oraz twarde i wąskie łóżko.

— Panie Carmichael — rzekł pan Carrisford do ojca Dużej Rodziny, posłyszawszy to opowiadanie. — Ileż to poddaszy na tym placu ma podobny wygląd! Ileż to biednych posługaczek sypia na takich łóżkach, gdy ja przewracam się na materacach i poduszkach, otoczony skarbami, których znaczna część... nie jest moją własnością.

— Drogi przyjacielu — odpowiedział pogodnie pan Carmichael. — Im prędzej przestaniesz się trapić, tym lepiej dla twego zdrowia. Gdybyś posiadał wszystkie skarby całych Indii, nie potrafiłbyś usunąć wszystkich bied i niewygód tego świata, a gdybyś zaczął meblować wszystkie poddasza na tym placu, jeszcze by pozostało dużo nie umeblowanych na innych placach i ulicach...

Pan Carrisford siedział i gryzł palce, wpatrując się w węgle płonące na kominku.

— Czy sądzisz... — zaczął mówić z wolna po chwili milczenia — czy sądzisz, iż to jest możliwe, by inne dziecko... to, o którym nigdy nie przestanę myśleć... mogło... mogło, dajmy na to, znaleźć się w takiej nędzy, jak ta dziewczynka w sąsiedniej kamienicy?

Pan Carmichael spojrzał na niego z niepokojem. Wiedział, że najgorszą rzeczą dla zdrowia i umysłu tego człowieka były rozmyślania na ten właśnie temat.

— O ile dziewczynka, przebywająca w szkole madame Pascal w Paryżu, jest tą właśnie, której szukamy — odpowiedział tonem pocieszającym — to zdaje mi się, że znalazła się w rękach ludzi, którzy potrafią dać jej należytą opiekę. Oni ją adoptowali, ponieważ była najserdeczniejszą przyjaciółką ich zmarłej córeczki, a sami byli bezdzietni. Pani Pascal doniosła, że są to Rosjanie, bogaci i z dobrej rodziny.

— A ta nieszczęsna kobieta nawet nie wie, dokąd oni ją wywieźli — wybuchnął pan Carrisford.