— Ja mam bardzo niewielu krewnych — rzekła Ermengarda z namysłem — i wielce temu jestem rada, bo niezbyt lubię nawet tych, których znam. Moje dwie ciotki zawsze mówią: „Ależ, moja Ermengardo! Jesteś taka gruba! Nie powinnaś jadać słodyczy!” A wujaszek zawsze mnie pyta o takie na przykład rzeczy: „Kiedy wstąpił na tron Edward III?” albo też: „Kto umarł z przejedzenia się minogami?”.

Sara roześmiała się.

— Ludzie, z którymi nigdy nie rozmawiasz, nie mogą ci zadawać takich pytań — odrzekła — a jestem przekonana, że ten pan, co przyjechał z Indii, nie pytałby cię o takie sprawy, nawet gdyby się bardzo z tobą spoufalił. Ja lubię go bardzo.

Poprzednio polubiła Dużą Rodzinę za to, że wszyscy w niej byli tacy szczęśliwi; teraz natomiast polubiła pana z Indii za to właśnie, że wydawał jej się tak nieszczęśliwy. Widać było, że przebył jakąś ciężką chorobę i że jeszcze nie zdołał przyjść do siebie. W kuchni — gdzie służące jakimiś tajemniczymi sposobami wiedziały oczywiście wszystko — toczyło się wiele rozmów na temat jego losów. Okazało się, że ów pan nie był rodowitym krajowcem indyjskim, ale Anglikiem, który swojego czasu przebywał w Indiach. Spotkały go tam wielkie niepowodzenia, które w tak poważny sposób zagroziły jego majątkowi, iż przez czas pewien uważał się za zrujnowanego i pogrzebanego w ludzkiej opinii. Pod wrażeniem doznanego ciosu rozchorował się i o mało co nie umarł na zapalenie mózgu; odtąd już zawsze niedomagał na zdrowiu, mimo że ze zmianą losu udało mu się odzyskać całe dawne mienie. Jego zmartwienie oraz niebezpieczeństwo, które mu niegdyś zagrażało, miało podobno łączność z jakimiś kopalniami.

— I to pewno kopalniami diamentów! — dodawała kucharka. — Nigdy bym swego ciężko zapracowanego grosza nie pchała w kopalnie... zwłaszcza kopalnie diamentów. My już ta wiemy co niecoś o tym! — Tu rzucała spod oka spojrzenie na Sarę.

— On przeżył to samo, co mój tatuś — pomyślała Sara. — I on tak chorował, jak mój tatuś... tylko, że nie umarł.

Odtąd jej serce przylgnęło do niego jeszcze mocniej niż poprzednio. Ilekroć posyłano ją wieczorem do miasta, czuła jakąś wielką radość, bo nieraz zdarzało się, że rolety w sąsiedniej kamienicy nie były jeszcze spuszczone, tak iż mogła zajrzeć w głąb ciepłego pokoju i popatrzeć na swego przyjaciela. Gdy na ulicy nie było nikogo, zatrzymywała się i trzymając się żelaznej poręczy, życzyła mu dobrej nocy — jak gdyby on mógł usłyszeć jej życzenie.

— Choćby pan nawet nie słyszał tego życzenia, to może pan je odczuje — mówiła w duchu. — Kto wie, może życzliwe myśli trafiają do ludzi nawet przez drzwi, okna i ściany. Może więc i pan odczuje jakieś ciepło i ukojenie, gdy ja tu stoję na dworze i życzę panu polepszenia zdrowia. Bo mnie pana tak żal, tak żal! — szeptała wyrazistym głosikiem. — O, gdyby też pan mógł mieć swoją małą jejmość, która by mogła pana pogłaskać i pocieszyć, jak ja głaskałam i pocieszałam tatusia, gdy go bolała głowa! I sama chciałabym być pańską małą jejmością... Mój ty biedaku! Dobranoc, dobranoc! Niech Bóg ma pana w swej opiece.

I odchodziła, czując sama jakby jakąś radość i ciepło w sercu. Miała wrażenie, iż jej współczucie musi go jakimś sposobem dosięgnąć. Gdy tak siedział samotny w wielkim fotelu przed kominkiem, prawie zawsze jakoś beznadziejnie wpatrując się w ogień i podpierając dłonią czoło, wydawało się Sarze, że ten człowiek nie tylko przeżył wiele zgryzot w przeszłości, ale obecnie jeszcze miał jakąś ciężką zgryzotę.

— Przecież on już odzyskał swoje mienie i zaczyna odzyskiwać siły po chorobie; nie powinien więc tak się martwić. Ale może jeszcze coś poza tym mu dolega?