Carrisford potrząsnął głową.

— Gdy odzyskałem przytomność, biedny Crewe już nie żył. Już było po jego pogrzebie. A ja wtedy jakbym pamięć utracił... Przez wiele miesięcy nie pamiętałem nawet, że on pozostawił córkę... A nawet gdy zacząłem sobie przypominać o jej istnieniu, jeszcze jakaś mgła przesłaniała mój umysł...

Umilkł na chwilę, przecierając czoło.

— Czasem, gdy staram się sobie przypomnieć... to mi się zdaje... że on chyba wspominał o szkole, do której ją posłano. Co o tym sądzisz?

— Zapewne nigdy nie mówił o tym wyraźnie. Zdaje mi się, że nie słyszałeś nigdy nawet jej imienia.

— Owszem... pamiętam, że dawał jej dziwne, przez siebie wymyślone przezwisko; nazywał ją swoją małą jejmością. Ale te nieszczęsne kopalnie wygnały nam z głowy inne sprawy. O niczym innym nie mówiliśmy. Czy o tej szkole kiedy mówił, nie pamiętam... i nigdy już pewno sobie nie przypomnę.

— No, no, znajdziesz ją jeszcze — pocieszał go Carmichael. — Trzeba poszukać tych poczciwych Rosjan; pani Pascal miała wrażenie, że oni byli rodem z Moskwy. Nie ma co! Pojadę do Moskwy!

— Gdybym czuł się na siłach, pojechałbym z tobą — rzekł pan Carrisford. — Niestety mogę jedynie siedzieć tu, zakutany96 w futra, i wpatrywać się w ogień na kominku. A nieraz, gdy się tak zapatrzę, wydaje mi się, że z płomyków spoglądała ku mnie twarz Ralfa... jakby pytając mnie o coś. Czasem pojawia mi się on we śnie... i pyta mnie, już wyraźnie, zawsze o to samo... A czy wiesz, o co mnie pyta?

— Nie bardzo — odpowiedział pan Carmichael głosem cichym i jakby niechętnym.

— Pyta mnie zawsze: „Tomaszu... Tomaszu, gdzie jest mała jejmość?”.