— Synu... synu drogi! — zawołał — Mówisz, jak ongiś mówił święty mąż.
— Odpowiedz! — zawołał.
— Onego dnia, gdy zgromadzone pod drogowskazem kamienie zakryją go — odparł uroczyście.
Zwrócił się ku pielgrzymom.
Tymczasem utworzyła się znowu procesja i zabrzmiał śpiew chóralny. Ludzie, płacząc ze wzruszenia, z oczyma zawieszonymi na sklepieniu niebios poruszali się uroczystym pochodem w kierunku wyciągniętej ręki drogowskazu.
— Stójcie! Ani kroku dalej! — krzyknął z całej mocy Człowiek z toporem.
Pochód sunął dalej, ani jedno spojrzenie nie skierowało się na wołającego, nikt nie zwrócił nań uwagi.
— Każ im stanąć! — prosił starca.
Ale starzec nie słyszał jego słów. Stał wyprostowany na kamieniach ołtarza. Oba ramiona uniósł w górę i błogosławił idących.
— Na miłość boską, stójcie! — zagrzmiał ponownie i podniósł w górę topór.