— Więc mówię ci... Szedłeś... wtem... nagle z bocznej, brudnej uliczki ktoś krzyknął: „Ratunku!”.

— I co? I co dalej? — pytał rozciekawiony. Nagle pod sklepieniem załopotały skrzydła.

Więzień skurczył się ze strachu. Czekał... wysilił swą wolę, skupiał do rozkazu, ale czuł, że mu jej braknie, że nie uśmierzy sumienia.

— Wiesz, jak to się stało — powiedziała znów ciemność.

No wiem... Ktoś z bocznej uliczki zawołał...

— Ale nie! Nie!

— Znowu inaczej?

— Tak było... Słuchaj! Szedłeś ulicą... szedłeś... ponad twoją głową był sztandar Jutra z koroną cierniową na czerwieni niepokalanej... wtem nagle...

— Ktoś krzyknął...

— Nie! Wcale nie!... Nagle zapłakało dziecko... dziecko... mała dziecina przestraszona tym, że śmieci porwane wiatrem tańczą dziwacznie w kółko.