Owinęły się chmury jak u szczytu jedli o jego duszę i dumał skryty, odpędziwszy kształt wszelaki.
Dumał w ciszy o promieniu siły bezformej10, bezdźwiękiej11, o przelewaniu się jej w próżnię od wieków... w próżń12 straszną, gdzie wyzbywszy się wszystkiego prócz bycia, tkwiła zawieszona, bezojczyźniana... serce ludzkie... on sam.
Marzyło mu się dalej pochłanianie owej siły, ekstaza sytości wiecznością... niewysławialne obcowanie z Niewysłowionym.
Zbudził się... ciemno...
— To nic — myślał — wszak odpędziłem kształty, uczyniłem się naczyniem próżnym, w które spływa napój widzenia.
Ciemno... to dobrze... to jest światłu żywemu uczyniona droga, by przyszło, przez mrok się ścieląc...
Objąć ją, tę ciemność silnie w ramiona, by nie pierzchła, by nie odeszła, jak odchodzi wszystko...
Zerwał się, ukląkł, wyciągnął przed się ręce chciwe...
Nagle tuż obok usłyszał lekkie westchnienie, jakby kogoś budzącego się.
Zdrętwiał nagle, nie śmiejąc głowy zwrócić ku stronie, skąd głos doleciał.